Po dwóch latach nieco inna Afryka

W lutym znalazłem się, po niespełna dwóch latach, w tych samych krajach afrykańskich, w których odwiedzałem misjonarzy w kwietniu i maju 2015 roku: w Republice Środkowoafrykańskiej i w Kamerunie. Pewnie już sam charakter wizyty sprawił, że tę Afrykę widziałem w nieco innej perspektywie niż dotąd podczas innych odwiedzin misjonarzy. Nie chodzi mi tutaj oczywiście o sytuację gospodarczo-polityczną obu wymienionych krajów, choć – zwłaszcza w przypadku Republiki Środkowoafrykańskiej – byłoby o czym pisać. Spróbuję i o tym nadmienić w poniższym tekście. Jednak inna perspektywa mojego widzenia Afryki dotyczy oczywiście pracy podejmowanej przez naszych księży i świeckich, których biskup tarnowski posłał, by byli świadkami Dobrej Nowiny. Wraz z ks. Janem Wnękiem, byłym dyrektorem Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, oraz dwiema osobami świeckimi – towarzyszami mojej podróży, którym sprawa misyjnej działalności leży bardzo na sercu – przekonałem się na nowo o ogromie wyzwań, jakie stawia przed Kościołem tarnowskim dzieło misyjne podejmowane tam przez posłanych misjonarzy. Tworzyliśmy nawet pewien rodzaj komisji, której głos był brany pod uwagę. Ja zaś nie tylko przekonałem się „na nowo”, ale odkryłem nowe wyzwania, które przyniosła posługa misjonarzy i misyjna współpraca podejmowana przez Kościół tarnowski.

Szpital daleko od szosy

Do tego szpitala, usytuowanego w lesie, oddalonego kilkadziesiąt kilometrów (35 lub 60) – w zależności, którą z dwóch dróg, które nigdy nie są czynne równocześnie – od stolicy diecezji Mbaïki, przybywają pacjenci z samej stolicy kraju Bangui, ale też z Republiki Konga. Dobra fama szpitala się rozniosła. To szpital położony rzeczywiście daleko od szosy. Asfalt kończy się w stolicy diecezji.

W minionym roku z usług szpitala skorzystało niemal 4700 pacjentów. Dysponujący 50-cioma łóżkami ośrodek z blokiem operacyjnym, pediatrią i laboratorium, serwujący (choć nie w sposób ciągły) usługi dentystyczne na miejscu, ale też na wyjazdach – to autentyczne dobro, którego autorami jest wiele osób. Są to nasi księża misjonarze, praktycznie wszyscy, którzy przewinęli się przez Bagandou, a zwłaszcza ks. Marek Muszyński, który rozpoczął budowę szpitala (postawił kilka budynków) i ks. Mieczysław Pająk, który przygotował go do rozpoczęcia działalności i remontował w szpitalu każdą powstającą usterkę. Są to właściwie dziesiątki osób świeckich, wśród których znajdziemy absolwentkę misjologii, lekarzy, pielęgniarki, laborantki, stomatologów, położne, pedagogów, elektryków, budowlańców, a także osoby konsekrowane i „złote rączki” o wyuczonych zawodach. Zdziwienie może wywołać profesja pilota czy politologa. Osoby legitymujące się najdłuższym stażem na przestrzeni ponad 10 lat funkcjonującego szpitala to: p. Elżbieta Wryk – dyrektor – niemal 7 lat (w ogóle w Afryce 14 lat), p. Izabela Cywa – pracownik i dyrektor – ponad 3 lata, p. Zofia Kaciczak – dyrektor (3 lata) i p. Zofia Bieryt – pielęgniarka – 2 lata  (w ogóle w RCA 6 lat).

Ludzie wiedzą, że obsługujące w szpitalu osoby są bardzo wrażliwe na choroby ludzkie i traktuje pacjentów z wielkim szacunkiem. Niestety, nie jest to zjawisko powszechne na środkowoafrykańskiej ziemi. Jeden z członków ekipy, piastujący kierownicze stanowisko w rzeczonym szpitalu – Norment, mówił mi, że ktoś z jego krewnych prosił go o powiadomienie, kiedy zwolni się jakiś etat pielęgniarski w szpitalu, bo chętnie podjąłby pracę w Bagandou. Powód: słyszał, że to szpital na poziomie. Ludzie wiedzą, że szpital może przeprowadzać operacje, transfuzje krwi czy cesarskie cięcia. W ostatnim 2016 roku tych pierwszych było 90, drugich ponad 200, a trzecich 11. Trzeba też przypomnieć, że w okresie rebelii ta jednostka zdrowia nigdy nie zawiesiła swojej działalności i funkcjonowała jako jedna z niewielu w kraju o powierzchni dwa razy większej od Polski.

Pani Izabela przez sprowadzenie z Polski chirurgów, urologa i stomatologów przyczyniła się do zmniejszenia cierpienia wśród ludzi. Na jej oczach przeprowadzono 7 operacji tarczyc (wole u szyi) oraz  5 trudnych operacji urologicznych. Stomatolodzy mieli też pełne ręce pracy. Pierwszy raz w historii dotarła dwójka stomatologów, którzy przez usuwanie zębów (zwłaszcza Pigmejom) przynosili ulgę w cierpieniu, które – jak przeszywa człowieka, każdy z nas wie. Pan Konrad Rylski w ciągu niespełna trzech tygodni usunął Pigmejom ponad 500 zębów. Sam byłem świadkiem, jak pani Monika Wieczorek w wiosce Bakota oddalonej od Bagandou 40 km, w ciągu dnia przyjęła aż 78 pacjentów, którym usunęła 19 zębów. Do tej wioski rzadko kto dociera. Przed nami ostatni samochód przyjechał przed ośmioma dniami. W wiosce zamieszkałej przez około 900 osób jest pięć motorów. To najszybszy potencjalnie kontakt ze światem. Ale gdy w czasie naszego pobytu jeden z mieszkańców zranił poważnie swoje ciało w lesie, to my wzięliśmy go (krwawiącego) na misyjny samochód. Motor nie zdałby egzaminu.

W tej wiosce jest tzw. Poste de santé czyli punkt sanitarny, choć w stanie naprawdę marnym. Szpital pod dyrekcją pani Izy uformował pielęgniarza. Ale pielęgniarz to nie wszystko. Miejscowi ludzie prosili, by im pomóc wybudować budynek, który przypominałby taki punkt z prawdziwego zdarzenia. A więc sala porodowa wyposażona przynajmniej w minimalnym stopniu, możliwość „małej” chirurgii z prawdziwą kozetką. Otrzymali obietnicę, że nasi kolędnicy im pomogą. Mieszkańcy wioski przygotowali już nawet około 9 tys. cegieł i to wypalanych. Mimo ich najlepszych chęci, muszą wiedzieć, że z powodu stanu drogi i mostków (jeden z nich, nawet tylko zwykłą toyotą Land Cruiser przejeżdża się ze specjalnym błogosławieństwem) samochody ciężarowe tam nie docierają. Przyjdzie im więc jeszcze długo poczekać. Oby nie stracili nadziei. W wiosce jest studnia sfinansowana przez kolędników misyjnych, ale... zepsuła się część, na szczęście zamienna. Mija już rok. Ludzie biorą wodę z bajorka. Jest szkoła z dwoma nauczycielami. W klasie ponad 100 dzieci.

Choć na tej drodze przed Bakota jest Kenga, wioska posiadająca również taki punkt sanitarny, to jednak nikomu bym nie radził, by nań liczyć. Bakota to już jakaś nadzieja dla miejscowych ludzi. W odległości pięciu kilometrów posuwając się dalej jest – co prawda – jeszcze trzeci punkt sanitarny w Moloukou. Ale to dopiero niespełna połowa dystansu na drodze do ostatniej wioski. Potem, wzdłuż drogi liczącej ponad 40 kilometrów, nie ma nic. Jak pomóc tym ludziom, by społeczeństwo zaczęło normalnie funkcjonować?

Bagandou – ciągle „nasze”

W dniu 18 lutego w Bagandou byłem świadkiem przekazania w ręce sióstr kombonianek kierownictwa szpitalem zbudowanym i finansowanym przez diecezję tarnowską. Funkcjonujące przez ponad 10 lat Centrum Zdrowia kategorii A (taka jest oficjalna nazwa szpitala), na które do tej pory Kościół tarnowski przekazał 3 mln 200 tys. zł, pozostawał w rękach dyrektorów świeckich, przybyłych z Polski. Były to panie: Zofia Kaciczak, Elżbieta Wryk i Izabela Cywa. Szpital ten pozostaje nadal „perłą Lobaye” – jak wyraził się o nim jeden z lekarzy włoskich. Szpital jest też „wielkim dziełem miłosierdzia” – tak nazwał go obecny biskup kielecki Jan Piotrowski, który na początku 2006 roku odwiedził naszych misjonarzy w Republice Środkowoafrykańskiej (RCA).

Po latach funkcjonowania szpitala zarządzanego przez ludzi świeckich z Polski, przyszedł moment przekazania go zgromadzeniu zakonnemu, co zapewni kontynuację jego działalności. Okazuje się, że do prowadzenia takiej jednostki użyteczności publicznej w Afryce, nie ma chętnych czekających w kolejce na sporządzonej liście w diecezji tarnowskiej czy w Polsce. I pewnie nie ma się czemu dziwić, bo wyzwania, które stoją przed takimi osobami są naprawdę wielkie. Trzeba, przy znajomości dwóch języków, myśleć o wszystkim. O prowadzeniu ekipy szpitala w sensie formacyjnym, dyscyplinarnym i wychowawczym, o zakupie leków, których nikt nie dowiezie na miejsce po zamówieniu przez telefon i to w 24 godziny, o prowadzeniu całej administracji i o przestrzeganiu prawa państwowego, które w stosunku do przybyszów z Europy jest szczególnie egzekwowane. Trzeba myśleć nie tylko o utrzymaniu dobrego poziomu usług w szpitalu, ale o ich podnoszeniu i o zapewnieniu korzystającym z nich pacjentom coraz większej różnorodności pomocy. Stąd ostatnie dwie dyrektorki szpitala: p. Elżbieta Wryk i p. Izabela Cywa sprowadzały z Polski specjalistów, którzy w dziedzinie interny, laboratorium medycznego (w czasie mojej wizyty zastałem p. Sarę Matelską), chirurgii, urologii czy stomatologii mogli swoją usługą nie tylko wpłynąć na poziom świadczeń medycznych, ale ulżyć w cierpieniu wielu osobom. Takie przedsięwzięcie wiąże się zawsze z ryzykiem, bo z reguły zapraszający nie zna do końca deklarowanych umiejętności zapraszanego specjalisty ani też sposobu jego bycia.

Do szpitala zapraszani są również fachowcy w innych dziedzinach, służących funkcjonowaniu tej potrzebnej instytucji. Na przestrzeni ponad dziesięciu lat było ich wielu. Zobaczyłem więc efekty wolontariackiej pracy elektryka p. Jacka Ćwięki, który opuścił Bagandou tuż przed naszym przyjazdem. Niedługo po nas miał przyjechać p. Stanisław Majdziński, budowlaniec, który pozostawił swoją bezinteresownie, fachowo wykonaną pracę nie tylko tu, ale w Bimbo i w Bouar.

 Przekazanie szpitala było bardzo uroczyste. Wydarzenie rozpoczęło się Eucharystią, której przewodniczył miejscowy biskup Rino Perin. Przy okazji przekazał mi list do biskupa Andrzeja z przypomnieniem o obietnicy posłania nowego misjonarza z Tarnowa do jego diecezji. Zarówno on, jak i burmistrz Bagandou oraz główny chirurg wyrazili słowa wdzięczności pani Izabeli Cywie, która z wielkim oddaniem, mimo piętrzących się nieraz trudności, dbała o poziom usługi szpitalnej świadczonej miejscowej ludności i tej przybywającej z okolic. Warto jeszcze raz zaznaczyć, że większość czasu jej obecności przypadła na trudny czas rebelii, a wybór tej posługi był świadomy i stał się dla nas wszystkich ogromnym świadectwem. W tym zadaniu przez 14 miesięcy towarzyszyła jej z wielkim oddaniem pani Magdalena Iwan i mimo choroby, która dała o sobie znać w klimacie Afryki, potrafiła skutecznie pomóc swej koleżance w prowadzeniu administracji szpitala i księgowości. Dzięki jej oddaniu szpital ma obecnie najlepsze archiwum w całej krainie Lobaye. Pani Magda również miała swój udział w „ściąganiu” lekarzy fachowców, co zaowocowało zdrowiem kilkunastu pacjentów poddanych operacjom chirurgicznym.

Szpital, choć jest już od 1 marca 2017 r. w innych rękach, gdy chodzi o jego prowadzenie, w dalszym ciągu będzie wspierany przez kolędników misyjnych, którzy zapewnili jego istnienie i przez cały czas go utrzymywali. Przekazanie szpitala w ręce sióstr wprowadziło chwilową niepewność wśród tych, którym na funkcjonowaniu tego szpitala ogromnie zależy. W czasie mojego pobytu przychodzili do mnie ludzie, zadając podstawowe pytanie: „Proszę księdza, czy oddanie szpitala w ręce sióstr wiąże się z całkowitym wycofaniem się diecezji tarnowskiej odnośnie jego funkcjonowania?”. Radość na ich twarzy zaraz się pojawiła, gdy usłyszeli odpowiedź przeczącą. A my mamy radość z dalszej pomocy tym, którzy bez niej nie potrafiliby unieść jego funkcjonowania. Ufamy, że szpital zostanie na zawsze perłą dla miejscowej ludności, a dla katolików Kościoła tarnowskiego chlubą, przeżywaną oczywiście z odpowiednią dozą pokory.

Bagandou jest ciągle nasze nie tylko przez szpital w nim funkcjonujący. Ciągle tamtejszą misję prowadzą nasi tarnowscy misjonarze. Ponad trzy miesiące przed oddaniem szpitala na miejscu był ks. Marek Muszyński. Jego obecność była bardzo pomocna w przekazaniu rzeczonej instytucji. Była też symbolem: ks. Marek zaczynał, wbijał pierwszą łopatę pod wykopy fundamentów szpitalnych i służących szpitalowi budynków, a teraz był przy zakończeniu „tarnowskiej ery” szpitala. Obecność ks. Marka była zastępstwem proboszcza – ks. Mieczysława Pająka, który spędzał zasłużony urlop w Ojczyźnie. W wyniku niespodziewanego powrotu do Polski miejscowego, nowo mianowanego wikariusza, proboszcza miejsca musiał ktoś zastąpić. Gotowym na to był i jest zawsze ks. Marek, który już obchodził 25-lecie swojego misyjnego oddania na afrykańskiej ziemi. Powrócił do Bagandou, jak też powracał w inne miejsca. Jest on zresztą jedynym misjonarzem tarnowskim, który na przestrzeni lat spędzonych w Afryce podejmował misyjne działania aż w sześciu różnych miejscach, w trzech diecezjach.

Ks. Mieczysław zaś, choć przebywał na urlopie, czas poświęcał na zorganizowanie wielu rzeczy związanych z budową nowego kościoła, której się podjął sam. Na miejscu w Bagandou mogłem zobaczyć tę już prawie gotową do poświęcenia, piękną nową świątynię w tym zakątku krainy Lobaye. Nikt by nie przypuszczał, że tu stanie kolejna perła, tym razem z dziedziny sacrum. Kto zna z autopsji stan dróg prowadzących do Bagandou, może zachodzić w głowę, jak się to stało, że „to wszystko”, co przybrało już konkretny kształt, przyjechało  na miejsce. Nikt też pewnie nie przypuszczał, że „za górami, za lasami”, gdzie leży Bagandou, stanie tak szybko nowy kościół z europejskim witrażem, niespotykanymi na co dzień ławkami i że miejscowa malutka wspólnota, stanowiąca zaledwie kilka procent miejscowej populacji, otrzyma tak wielki dar od proboszcza.

Bimbo rośnie jak na drożdżach

W Bimbo koło Bangui, które za rok cieszyć się będzie 30-tą rocznicą przybycia pierwszego misjonarza tarnowskiego ks. Józefa Ziobronia, ciągle duży ruch, który wynika z wielości grup i stowarzyszeń tworzących życie miejscowego Kościoła. W parafii katechizowanych jest prawie 950 dzieci, z czego ponad 800 przygotowuje się do chrztu, a reszta do I Komunii św. Gorzej jest z sakramentem małżeństwa. W ostatnim roku duszpasterskim (2015/2016) przyjęło go 14 par.

To wielkie wyzwanie przed misjonarzami, by nie ulec złudzeniu, że te 950 dzieci z entuzjazmem traktują swoją katechezę. Wiele wchodzi do „jadącego pociągu”. Pytanie, czy katechiści staną na wysokości zadania, a z nimi rodzice ketechumenów i przygotują ich wszystkich do życia chrześcijańskiego, czy tylko do otrzymania sakramentów?

Od kilku lat problemem stał się budynek kościelny, który wyraźnie nie mieści w swoim wnętrzu wszystkich przybywających na Eucharystię. Dla Afrykańczyka nie wejść do kościoła i nie zająć dobrego, czyli blisko ołtarza miejsca, to bolesne przeżycie. Ktoś z rady parafialnej policzył wszystkie ławki w kościele i te, które trzeba postawić poza. Tych pierwszych jest 113, a tych stawianych na dworze 15. Miejscowi chrześcijanie twierdzą, że w niedzielę na obu mszach jest około 2300 osób. Sam widziałem, że w obu przypadkach „nie ma gdzie palca wbić”. Wniosek: perspektywa rozbudowy kościoła. Był to jeden z tematów parafialnej rady duszpasterskiej, na którą zostałem zaproszony. To kolejne wyzwanie, choć bardzo trudne. Nie tylko ze względu na finanse. Wyzwala ono bowiem pytanie, czy nie podjąć myśli o wybudowaniu nowego kościoła nieco dalej, tak by odciążyć kościół w Bimbo.

Ale Bimbo to również 42 wioski w trzech sektorach: wzdłuż drogi asfaltowej, w lesie oraz nad rzeką Oubangui. Ten ostatni sektor jest szczególnym wyzwaniem ze względu na dostęp. Tylko piroga jest środkiem lokomocji. Obecnie wykorzystują ją ks. Jacek Kwiek i ks. Paweł Wróbel. Tym razem ja w nią nie wsiadłem z powodu braku czasu. Zaprosiłem jednak do Bimbo dyrektorów i nauczycieli trzech szkół wybudowanych dzięki kolędnikom misyjnym i klerykom WSD: w Mondouli, Modale i Sekia Mote. Chodziło o pobudzenie ich do tego, aby szkoły – również dzięki nim – spełniały swoją rolę. Niestety, przy tym stanie państwa, sytuacja szkolnictwa szybko się nie poprawi. Chociaż dyrektorzy otrzymują od państwa wynagrodzenie, to jednak z wielkim opóźnieniem, nieraz do 6-8 miesięcy. Pensje nauczycieli i całe utrzymanie szkół spoczywa na rodzicach. Wielkim problemem jest tzw. scolarité czyli opłata szkolna, które na jedno dziecko wynosi miesięcznie 300 fcfa (ok. 2 zł). W dwóch wioskach nie funkcjonuje to tak jak trzeba, pieniędzy w kasie nie ma, a co za tym idzie nauczyciele nie są opłaceni i nauka w szkole jest na niskim poziomie. Jest to jednak realny problem, gdyż ludzie nie pracują, a utrzymują się z roli (maniok, banany) lub z łowienia ryb. Prawdą jest jednak, że kubek kangoji (wino z palmy) kosztuje 100 fcfa, a jak informowali mnie mężczyźni, jeden potrafi dziennie wypić 5 litrów tego płynu. Efekt: zwiększa się stan wesołości i pomniejsza budżet rodzinny. Przed misjonarzami kolejne wyzwanie, by przekonać ludzi, że przy całej swojej biedzie mogliby stanąć na wysokości zadania i zapewnić naukę swoim dzieciom. Czy rodzice zdołają się przekonać o słuszności sprawy, skoro jeszcze często, przynajmniej w jakiejś części, są analfabetami?

Nasi księża: Marek Mastalski, Jacek Kwiek, Michał Rachwalski i Paweł Wróbel mają naprawdę dużo pracy. Kolejnym wyzwaniem jest budowa nowych sal katechetycznych, bo parafia tętni życiem różnych grup modlitewnych i apostolskich, a nie ma się gdzie spotykać.

Owocem przedsięwzięcia kolędników misyjnych 2001 jest projekt zainspirowany przez ks. Stanisława Wojdaka, ówczesnego misjonarza w Bimbo, o nazwie Amolenge ti lege czyli dzieci ulicy. Jest to czynna od poniedziałku do piątku świetlica dla dzieci, które z różnych powodów nie zaznają rodzinnego domu, nie mają gdzie zjeść i uczyć się. Grupa 50 dzieci (od 7 do 16 lat) tworzona jest głównie przez sieroty i półsieroty, choć nie tylko. Otrzymują one codziennie posiłek, maja opłacaną szkołę, a z okazji świąt mogą się cieszyć też prezentami. Zatrudniony w tym dziele pan Borys udziela dzieciom korepetycji z języka francuskiego i matematyki. Szkoda, że szkoła funkcjonuje tylko do południa, ale ks. Michał myśli już o poszerzeniu do niej dostępu również po przyjściu dzieci ze szkoły, co zapewne jest kolejnym wyzwaniem duszpasterskim w tej parafii. Trzeba ufać, że przez otrzymywane dary dzieci będą mogły jeszcze bardziej rozwinąć swoje życie religijne i dotyczące ich edukacji.

Na terenie parafii w Bimbo miałem też szczęście spotkać moich starych znajomych, ojców franciszkanów (OFM). Przybyli do Republiki Środkowoafrykańskiej za moich czasów w roku 1990. To już misjonarze dobrze zakorzenieni w realiach afrykańskich. Bp Zbigniew Kusy (od sierpnia 2014 biskup w Kaga-Bandoro), o. Kordian Merta i o. Barnaba Dziekan obchodzili już 25-lecie misyjnej posługi w tym kraju. Są więc doświadczeni misyjnie, ale też ciągle doświadczani. Warto więc wiedzieć jak wygląda kraj po „zakończonej” ponad dwa lata temu rebelii. Biskup Zbigniew i o. Kordian spełniają swoją posługę w miejscach oddalonych od siebie, ale ciągle trudnych ze względu na rozboje. Ten pierwszy w październiku 2016 musiał przeżyć gorycz, którą pozostawiła po sobie grupa Seleki. Atakowali i palili domy w dzielnicy, a szczególnie namioty w blisko pięciotysięcznym obozowisku za domem biskupa. Spalili także jeden z domów w centrum katechetycznym. Splądrowali mieszkanie biskupa pod jego nieobecność. Ukradli zwłaszcza sprzęt komputerowy i aparaturę, przez którą biskup ma kontakt ze światem. Zginęło kilkunastu ludzi, w tym kościelny i katechista z katedry, Bazyli, ojciec rodziny, wiernie posługujący Kościołowi. Zamordowano go przy jego ostatniej posłudze, gdy odważnie uruchomił dzwon, by zawiadomić ludność o napadzie. Tak było niedawno w Kaga-Bandoro. W wysuniętym daleko na wschód Rafai, u o. Kordiana, nigdy nie byłem, ale wiem, że stworzył tam wspólnotę Kościoła i szkołę licealną (w ogóle zbudował 11 szkół), których nie można nie zauważyć. Trudno wystawiać ocenę życiu wspólnoty kościelnej, ale liceum tam funkcjonuje naprawdę na „piątkę”, posługując się dawną skalą ocen. Sam o. Kordian musi stawiać czoła, okrutnej w skutki, działalności Armii Oporu Pana, która daje o sobie znać nie tylko w tym kraju Afryki. To są naprawdę ciężkie chwile. Opowiadał jak to wszystko wygląda z bliska, a potem jak poprawność polityczna relacjonuje to w mediach. Ataki bandyckie mają miejsce również w północnej części diecezji Bouar. Tak wygląda życie w północnej i południowo-wschodniej części kraju, w którym rebelia zakończyła się oficjalnie ponad dwa lata temu i w którym – nie wolno tego zapomnieć – stacjonuje 12 tysięcy żołnierzy ONZ.

W diecezji Bouar misjonarze dobrze się mają

W tej diecezji mamy czterech misjonarzy. Wśród nich ks. Mirosław Gucwa jest wikariuszem generalnym diecezji. Przy nieobecności biskupa, który już praktycznie na stałe powrócił do Włoch, po 53 latach posługi w Afryce, w tym 38 jako biskup, ks. Mirosław odpowiada za wiele spraw, które wymagają decyzji i rozwiązań. Jest również kapelanem miejscowego więzienia, gdzie przebywa 160 osób, a wśród nich 4 kobiety. One, aż nie do wiary, osadzone zostały za tzw. czary. Paradoksalnie więzienie jest dla nich ochroną, bo zostając w swoim środowisku mogłyby stracić życie.

Ks. Mirosław przymierza się do modyfikacji działającego od 2001 roku Centrum Kulturalnego św. Kizito w Bouar. Otrzymał już na ten cel z funduszu kolędników misyjnych z Tarnowa ponad 24 tys. euro. Działalność Centrum, z którego obecnie korzystają 62 młode kobiety w wieku od 15 do 25 lat, to otwarcie drzwi dla młodych samotnych matek i dla dziewcząt, które z różnych przyczyn nie mogły kontynuować nauki w szkole. Powstało w ten sposób centrum promocji kobiet i dziewcząt. Zapewnia ono w trzyletnim cyklu kurs alfabetyzacji, naukę języka francuskiego, szkolenie zawodowe (kurs szycia, wyszywania, gotowania), formację z zakresu planowania rodziny, formację duchową i moralną, znajomość praw człowieka, kobiet i dzieci. Po piętnastu latach istnienia zauważa się potrzebę rozbudowy centrum i objęcia opieką również dzieci z rodzin wielodzietnych, sierot i dzieci samotnych matek. W rozbudowanym centrum, które stałoby się Centrum Matki i Dziecka (takie jeszcze nie istnieje w diecezji), utworzono by także poradnię dla młodych samotnych matek z dziećmi, młodych małżeństw i dziewcząt przeżywających trudności życiowe. Nowy budynek o wymiarach 24 m długości i 8 m szerokości zawierałby sześć nowych pomieszczeń: sale kroju i szycia, kuchnię z zapleczem, świetlicę dla dzieci, poradnię i jadalnię.

Bliskim współpracownikiem ks. Mirosława jest ks. Mateusz Dziedzic, który w październiku 2015 roku powrócił do tej samej diecezji, w której w październiku 2014 roku był porwany przez rebeliantów. Do niedawna sprawował urząd sekretarza biskupa. Obecnie pracy mu również nie brakuje, a na mocy nominacji biskupiej dojeżdża do Yolé, gdzie znajduje się tzw. niższe seminarium z myślą o chłopcach, którzy chcieliby podjąć formację w wyższym seminarium duchownym w perspektywie przygotowania do kapłaństwa. Ks. Mateusz spowiada chłopców i raz w miesiącu głosi im duchową konferencję. Chłopcy uczęszczają do szkoły, prowadzonej przez ojców karmelitów (odpowiednik naszej gimnazjalnej i średniej). Jest ich 51, w tym 6 w klasie maturalnej. Można więc mieć nadzieję, że podejmą dalszą życiową drogę wstępując do wyższego seminarium duchownego. Do tej pory diecezja cieszy się jedynym absolwentem Yolé – ks. Konstantynem, który pomaga ks. Leszkowi Zielińskiemu w prowadzeniu całej instytucji niższego seminarium. Zakładał je na prośbę biskupa Armando Gianni’ego ks. Mirosław Gucwa w 1996 roku i był jego pierwszym dyrektorem przez 8 lat. Później pracowało tu kilku księży tarnowskich. Wspomniany ks. Leszek Zieliński przygotowuje się w tym roku na świętowanie 20-lecia istnienia owego seminarium. Ma on wiele dobrych pomysłów na prowadzenie tego rodzaju instytucji. Miałem okazję przeżyć jedną z jego inicjatyw, gdy celebrowałem Eucharystię w dzień odpustu (Katedra św. Piotra – 22 lutego). Był to jeden z dni nowenny, która obchodzona jest uroczyście z procesją do figury św. Piotra znajdującej się poza murami seminarium i ze specjalną modlitwą.

W Wantiguera, kilka kilometrów od Bouar, ks. Krzysztof Mikołajczyk bardzo dba o poziom prowadzonego duszpasterstwa. Miałem okazję zastać go przy zasadniczej pracy nad katechistami, dla których – w trosce o poziom przygotowania do życia chrześcijańskiego w wioskach i w misji głównej – zorganizował tzw. szkołę katechistów, którzy przybyli na tę formację z żonami i dziećmi. Uczestniczyłem też w nabożeństwie eucharystycznym, które z dużą frekwencją ma miejsce w każdy czwartek. Doświadczyłem też jak wielką rolę odgrywają panele słoneczne, dzięki którym w kościele świeci się neonówka i działa mikrofon.

Ks. Krzysztof Czermak

Głoście Ewangelię 2(2017), s. 5-14.