JUBILEUSZOWA WIZYTA U TARNOWSKICH MISJONARZY W REPUBLICE KONGA

     Rok 2008 przyniósł nam dwie ważne rocznice. Przypomniał o tym, że 10 lat wcześniej, posługa tarnowskich fideidonistów, rozpoczęta na kongijskiej ziemi w roku 1973, została przypieczętowana męczeńską krwią księdza Jana Czuby. I właśnie to 10-lecie i 35-lecie zostały mocno zaznaczone w Republice Konga przez wizytę delegacji z Kościoła tarnowskiego, której przewodził ks. bp Wiktor Skworc.

     Wizyta, której ramy czasowe zamknęły się między 24 września a 8 października 2008 r., to spotkania z misjonarzami i misjonarkami (zwłaszcza siostrami józefitkami), odwiedziny ich misji, spotkania z nuncjuszem apostolskim i miejscowymi biskupami, celebracja w stolicy Brazzaville wspomnianego 35-lecia oraz, a nade wszystko, podwójna wizyta i uroczystości na grobie księdza Jana w Loulombo.

     Obecność Biskupa Tarnowskiego w Republice Konga nawiązywała też do tradycji, która została utworzona przez poprzednich Pasterzy Kościoła tarnowskiego. Rozpoczął ją bp Jerzy Ablewicz, wizytując swoich misjonarzy w ówczesnej Ludowej Republice Konga na przełomie roku 1978 i 1979, a kontynuował jąbp Józef Życiński swoimi odwiedzinami na przełomie stycznia i lutego 1994 roku.

     Kościół w Republice Konga podzielony jest na 6 diecezji i jedną prefekturę apostolską. Hierarchia w zdecydowanej większości jest rodzima, gdyż pasterzami pięciu diecezji są miejscowi biskupi (obecnie w diecezji Owando jest vacat z powodu śmierci bp. Kombo). W całym kraju mówi się 68. językami, choć w liturgii używane są cztery (choć tylko trzy są oficjalne); oprócz francuskiego – stosownie do wielkich narzeczy: lingala, mounoukoutouba, lari. Tymi też językami posługują się lub posługiwali się w pracy ewangelizacyjnej nasi misjonarze.

     Obecny stan personalny tarnowskich misjonarzy w Republice Konga odzwierciedla dokładnie ten czas, kiedy w 1973 roku zaczęli do niego przybywać. Aktualnie, na tamtej misyjnej ziemi mamy czterech księży, reprezentujących nas w różnych regionach kraju: na północy w diecezji Owando (ks. Józef Piszczek – Oyo, ks. Tomasz Kania – Gamboma), w stolicy Brazzaville – ks. Bogdan Piotrowski oraz na południowym wschodzie – ks. Marian Pazdan w Louvakou (diecezja Nkayi).

 

Brazzaville – obecność „tarnowska”

 

            Parafia Pana Jezusa Zmartwychwstałego i Miłosierdzia Bożego w Brazzaville powstała w 1967 roku. Drugi człon jej wezwania został dołączony niedawno, bo od Niedzieli Miłosierdzia 2008, choć już w grudniu 2007 roku został umieszczony i poświęcony w kościele obraz Pana Jezusa Miłosiernego, przywieziony z Polski (ofiarowany przez parafię św. Jakuba w Brzesku). Liczy ona ok. 50 tys. mieszkańców i usytuowana jest na Plateau des 15 ans. Tarnowscy księża objęli tę parafię w 1976 roku, a jej pierwszym proboszczem był ks. Józef Ziobroń. Pracowali tu również księża: Stanisław Pawłowski, Stanisław Jeż, Ryszard Wąsik, Jan Malicki, Wojciech Mach (proboszcz), Piotr Świder.

            Pierwsi nasi księża zastali kościół i parterową plebanię wybudowaną przez francuskiego duchacza Morizura. Ks. Józef Ziobroń, pracując tu przez 10 lat (1976-1986), wykończył kościół i wybudował piętrową plebanię. Kościół, który z czasem stawał się coraz „mniejszy” został rozbudowany przez ks. Wojciecha Macha, który przejął parafię po ks. Józefie i był jej proboszczem przez 12 lat. Po nim duszpasterstwo do dnia dzisiejszego prowadzi ks. Bogdan. Dobudował on piętro nad pierwotną plebanią oraz odbudował kościół i plebanię po zniszczeniach wojennych.

            Obecnie kościół ma około 900 miejsc siedzących. W niedzielę na kilka mszy przybywa doń około 3,5 tys. wiernych. Corocznie rozdawanych jest około 150 tys. komunii św. Ewenementem niespotykanym dotychczas nie tylko przez mnie jest to, że każdego dnia we mszy św. porannej uczestniczy minimum 400 osób, a wyznaczane kolejne grupy angażują się bardzo aktywnie w liturgię słowa i animację śpiewu. W poniedziałek 29 września przyszło na poranną Eucharystię ponad 500 osób!

            Każdego roku w parafii otrzymuje chrzest około, a nawet ponad, 200 osób. W roku 2008 zostało ochrzczonych około 250 osób, z czego 100 to młodzież i dorośli, a 150 małe dzieci. Z przyjmowaniem sakramentu małżeństwa jest już dużo trudniej, chociaż w 2007 roku zawarło je w kościele rekordowo 20 par.

            Wiemy, że specyfiką afrykańskiej parafii jest to, iż jest ona „wspólnotą wspólnot”. Poprosiłem ks. Bogdana, by dał mi spis wszystkich grup i ruchów, w których przeżywają swoją przynależność do Kościoła członkowie parafii. Na liście widnieje ich 35. Sapienti sat! Najliczniejsze grupy stanowią członkowie wspólnoty charytatywnej św. Wincentego a Paulo (aż 260), św. Rity oraz tzw. Schola Ludowa (po 150 osób). Myślę, że ku naszemu pouczeniu dobrze byłoby przypomnieć i to, że przy ołtarzu służy 40 ministrantów i około 30 dziewcząt pełniących tę samą rolę. Katechezę, która przed chrztem lub I Komunią dzieci szkolnych trwa 2,5 roku, a przed chrztem dorosłych 2 lata, a przed bierzmowaniem rok, prowadzi grupa 59 katechistów, wśród których są również stażyści.

            Parafia od kilku lat realizuje projekty finansowane z ofiar kolędników misyjnych. Każdego roku projekt dotyczy formacji katechistów oraz  dzieci z grupy Yambote, przeżywających swą formację podczas turnusu wakacyjnego na wyjeździe (nazwalibyśmy to naszą „oazą”).

            W ołtarzu kościoła znajdują się relikwie bł. Karoliny Kózkówny. Jedna z sal katechetycznych nosi imię naszej błogosławionej. W prezbiterium widnieje mozaika Pana Jezusa Zmartwychwstałego wykonana w Łysej Górze pod koniec lat 70-tych. Jest dzwon i nagłośnienie powszechnie znanej nam firmy Rduch – to wszystko z ofiar diecezjan Kościoła tarnowskiego. Ks. Bogdan z rodzimej diecezji otrzymał też dwa samochody (w roku 2000 i 2007). Ten aktualny służył nam w przemieszczaniu się wszędzie tam, gdzie zamierzaliśmy się udać. Ostatnim prezentem naszej diecezji, dla parafii w Brazzaville, jest centrum formacji komputerowej, które miało być otwarte w czasie naszego pobytu. Niestety, afrykańscy pracownicy zawiedli, co nie było chyba dla nikogo zaskoczeniem. Trzeba też dodać, że w dniu 25 maja 2007 roku miało miejsce otwarcie przez polskiego ambasadora rezydującego po drugiej stronie rzeki Kongo w Kinszasie (Dem. Republika Konga), biblioteki i centrum medycznego w parafii, sfinansowane przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Koszt przedsięwzięcia wyniósł 36 tys. USD.

           

 

Brazzaville – miasto spotkań i wizyt

 

            Do stolicy Republiki Konga – Brazzaville przylecieliśmy zasadniczo w dwóch grupach. Pierwsza – liczniejsza wylądowała w dniu 24 września, a druga z Księdzem Biskupem pięć dni później. Przybywali też niektórzy pojedynczo. Zamieszkaliśmy w Brazzaville w parafii Pana Jezusa Zmartwychwstałego i Miłosierdzia Bożego, gdzie proboszczem od września 1998 roku jest ks. Bogdan Piotrowski, oraz u sióstr józefitek w parafii św. Franciszka z Asyżu, gdzie siostry mieszkają i posługują od 1981 roku.

            Pobyt w samym Brazzaville to czas wypełniony licznymi spotkaniami i wizytami oraz oglądaniem miasta, które, niestety, zasługuje na tytuł najbrudniejszej aglomeracji, jaką widziały moje oczy. Każdy z nas miał bardzo ustalone estetyczne wrażenie, widząc zmieszane z kurzem, na każdym kroku wszechobecne reklamówki foliowe, które przy wietrznej pogodzie fruwają w powietrzu, a przy braku wiatru ścielą prawie każdy zakątek brazzavillskiej ziemi.

            Ksiądz biskup Wiktor wykorzystał pobyt w Brazzaville na spotkania związane z celem wizyty. Został przyjęty przez abpa Brazzaville Anatola Milandou, przez nuncjusza apostolskiego w Rep. Konga abp. Andresa Carrascoso Cosa, spotkał się też na plebanii w Brazza z biskupem diecezji Kinkala, Louisem Portelą (na terenie tej diecezji leży Loulombo, gdzie poniósł śmierć ks. Jan Czuba). Tematem rozmów była m. in. sprawa ewentualnego wszczęcia procesu beatyfikacyjnego księdza Jana. Żaden z hierarchów nie był przeciwny temu przedsięwzięciu. Wszyscy w osobie zamordowanego Misjonarza widzą wielki wzór miłości pasterskiej i oddania się w służbie ubogim mieszkańcom Afryki. Czy taki proces się zacznie? Czy w osobie księdza Jana będziemy się cieszyć pierwszym misjonarzem-fideidonistą polskim, wyniesionym do chwały ołtarzy? To pewnie dużo zależy od nas, zwłaszcza kapłanów, ale nie tylko. Od naszej modlitwy i zwykłego mówienia o księdzu Janie na ambonie, w sali katechetycznej, od zachęcania do poznawania jego osoby i życia wiernego Chrystusowi aż po grób.

            W kontekście ewentualnego procesu beatyfikacyjnego księdza Jana ważnym momentem były spotkania (w jednym z nich uczestniczył bp Wiktor) z siostrą Ancillą Huijbers – Holenderką, która była na miejscu śmiertelnego wypadku w ów dzień w Loulombo, choć nie jako naoczny świadek. Za każdym razem siostra była bardzo wzruszona, opowiadając o śmierci, jak i o osobie księdza Jana. Dla niej nie ma wątpliwości, że ksiądz Jan zasługuje na bycie błogosławionym.

            Nowym moim i naszym odkryciem było spotkanie z p. Józefem Moutsoungou, który przedstawił się jako naoczny świadek śmierci księdza Jana. Dotychczas wiedzieliśmy tylko o ks. Bernardzie Yindoula, jako jedynym naocznym świadku. Z p. Józefem spotkaliśmy się w Loulombo podczas uroczystości upamiętniającej 10-lecie śmierci księdza Jana. Wtedy nagraliśmy jego zeznanie, a nawet zarejestrowałem je w kamerze. Ponieważ obecnie mieszka w Brazzaville, spotkałem się z nim drugi raz przy kościele Pana Jezusa Zmartwychwstałego i Miłosierdzia Bożego, nagrywając jego świadectwo. Dysponujemy również świadectwem pisanym. Niestety, nie wszyscy dają wiarę jego zeznaniom, choć – trzeba to powiedzieć – nie są one do odrzucenia.

            Wrażenie na nas wszystkich zrobiła wizyta w Kinssoundi, w leprozorium prowadzonym od 23 lat przez s. Noemi Świeboda – józefitkę. Jest to ośrodek państwowy, w którym przebywa od 20 do 30 osób – jedyny szpitalik dla trędowatych. Jest jeszcze pięć punktów w całym kraju spełniających podobną rolę. Pacjentami są dzieci i dorośli. Tu się leczą i jednocześnie oddają się pracy manualnej, która pozwala im zarabiać na podstawowe utrzymanie teraz i na przyszłość. Ksiądz Biskup odwiedził również „Szpital Uniwersytecki” w Brazzaville, który od wielu lat jest polem działania s. Matyldy Jóźwiak – józefitki. W swej nazwie instytucja ta nie powinna się nam kojarzyć z podobną w Polsce. Siostra zajmuje się pacjentami z niedowładem narządu ruchu lub sparaliżowanymi. Wielu z nich to chorzy na AIDS. Przy parafii, gdzie siostry mieszkają, prowadzą też przedszkole, z którego korzysta około 100 dzieci w wieku od 3 do 5 lat. Prowadzą również opiekę nad dziećmi ulicy oraz dzieło katechizacji, którym zajmuje się s. Lilioza Romanek, pochodząca z naszej diecezji. Ksiądz Biskup wraz z całą delegacją odwiedził również siostry w ich domu. Smaczną kolację po polsku poprzedziły wspólne nieszpory, również po polsku.

             Katedra w Brazzaville nie jest tak okazała i wspaniała jak w Tarnowie. Niemniej jednak nie brakło jej na szlaku biskupich wizyt. Tu była okazja pomodlić się o beatyfikację pierwszego i jedynego jak dotąd kardynała kongijskiego Emila Biayendy, który został zamordowany w marcu 1977 roku

            Wszystkie spotkania i wizyty w Brazzaville uwieńczyła uroczystość w kościele parafialnym na Plateau des 15 ans. Miała ona miejsce w niedzielę 5 października, a poprzedził ją w przeddzień koncert w wykonaniu różnych grup działających przy parafii Pana Jezusa Zmartwychwstałego i Miłosierdzia Bożego. Jubileuszowej Eucharystii, z okazji 35-lecia obecności tarnowskich księży w Republice Konga przewodniczył abp Anatole Milandou, pasterz diecezji Brazzaville. Koncelebransami byli: nasz biskup Wiktor, abp Nuncjusz, prefekt apostolski Infondo Jean Garden oraz dwunastu księży Polaków – ośmiu z Polski i Francji (w tym trzech dawnych misjonarzy w Kongu) oraz czterech pracujących aktualnie na kongijskiej ziemi. Homilię, której tekst został opublikowany w tym zeszycie, wygłosił abp Anatole. Przemawiał również nasz Ksiądz Biskup i nuncjusz apostolski. Wszyscy hierarchowie odnosili się z wielkim uznaniem do pracy tarnowskich księży, zauważając, na ich tle, wielkie znaczenie męczeńskiej śmierci księdza Jana Czuby.

 

Trudny czas dla Brazzaville, kraju i misjonarzy (1993-2003)

 

            Rok 1992 otwiera w Republice Konga serię wojen, które niszczą kraj, Kościół, państwo, stolicę, a przede wszystkim powodują ofiary w ludziach. Pierwsza wojna miała miejsce w końcu 1992 roku i zakończyła się w styczniu roku 1993. Dotyczyła południa kraju i miała tło politycznej walki między plemionami lari i mbebe (wśród tego plemienia obecnie pracuje ks. Marian Pazdan). Była to walka między Pascalem Lisoubą, od 1992 roku prezydentem, który po raz pierwszy wygrał demokratyczne wybory, a Bernardem Kolelą marzącym o objęciu fotela prezydenckiego i detronizacji Lisouby. Kolela pochodził z regionu Pool, zamieszkiwanego przez ludzi plemienia lari – stamtąd też miał swoich ludzi ninja (Nindża), którzy organizowali się już od 1991 roku. W Brazzaville mówiło się o trzech tysiącach zamordowanych. Wynikiem tej wojny była czystka etniczna w znaczeniu: region lari jest dla ludzi tego plemienia, a region mbembe dla plemienia mbembe.

            Druga wojna trwała również niezbyt długo – od 5 czerwca do 17 października 1997 r., choć była krwawa. Ksiądz Wojciech Mach, ówczesny proboszcz parafii pw. Pana Jezusa Zmartwychwstałego, wyczerpany pierwszą częścią wojny, po 25. latach pracy w Kongo, w sierpniu 1997 roku opuścił kraj. Powrócił jednak w styczniu 1998 roku, a definitywnie opuścił Kongo po kilku miesiącach we wrześniu. Wspólnota parafialna przez pewien czas była bez księdza, dzielnica Plateau pusta. Nie ma się co dziwić, bo front przechodził właśnie przez parafię. Bili się o lotnisko. Parafia – jak to opisywał ks. Wojciech Mach – legła w gruzach. Dopiero od grudnia z Missafou zaczął dojeżdżać ks. Bogdan Piotrowski i po wojnie na nowo organizować życie parafialne. Czas wojny to koniec rządów Pascala Lisouby, podczas których działo się źle. Urzędnicy państwowi nie byli płaceni, emeryci bez rent, szkolnictwo różnych poziomów było sparaliżowane.  W lipcu i sierpniu 1997 roku miały być wybory, a kandydatami oprócz broniącego intratnego stanowiska pierwszej głowy w państwie Lisouby byli: panujący już 14 lat wcześniej komunista Sassou Nguesso oraz Bernard Kolela, dysydent, przywódca opozycyjnej partii demokratycznej. Do wyborów nie doszło. Ludzie Lisouby zaatakowali mieszkanie Sassou Nguesso w stolicy, w dzielnicy Mpila, który przygotowywał się do ponownego objęcia władzy. Sassou bronił się i atakował przy pomocy swoich żołnierzy (Kobra) oraz wezwanych na pomoc Angolczyków. W ogniu stanęło dwie trzecie stolicy, zwłaszcza centrum. Zdemolowano szpital, ministerstwa, ambasady, pocztę, stację kolejową, linie telefoniczne, wodociągi, banki i siedzibę episkopatu. Mówiono o pięciu tysiącach zabitych. Wojska Sassou skutecznie wygoniły z Brazzaville ludzi Lisouby i szły na południe. Bez oporu i ataków przeszły region Pool. Minąwszy Loulombo, niszczyli i grabili region Nyari, Buanza i Lekoumou. Takim obrotem spraw, do opuszczenia kraju został zmuszony ks. Marian Pazdan, pracujący na południu Konga od 1985 roku. Zdołał opuścić Kongo francuskim samolotem wojskowym. Na szczęście wojna się skończyła. Ks. Jan Czuba w liście z grudnia 1997 roku wspomina o epidemii cholery w jego parafii i o tym, że najważniejszym problemem „jest teraz rozbrojenie”. Ludzie wracają do swoich domostw. Kościół PJ Zmartwychwstałego w Brazzaville zaczyna się powoli na nowo zapełniać. W grudniu, jak wspomina ks. Bogdan, było już na nabożeństwach około 100 osób.

            Trzecia wojna przyniosła nam to, co najgorsze. W wakacje 1998 roku doszło do konfliktu miedzy Nindżą a prezydentem Sassou, który został nim powtórnie, po zamachu stanu w roku 1997. Obie strony pozostawały w konflikcie zbrojnym do końca września. Wschodnia strona stolicy została zrabowana, a na terenie parafii PJ Miłosiernego przez sześć miesięcy istniał obóz dla 1600 uchodźców, rozwiązany w 1999 roku. Niepokoje jednak trwały dłużej. Wciąż trwała walka o zdobycie regionu Pool. Wtedy właśnie ginie ksiądz Jan Czuba. Sytuacja długi czas była niestabilna. Bojówki Nindży, z których rąk zginął ksiądz Jan, wciąż kontrolowały teren. Ks. Bogdan Piotrowski mógł dotrzeć na miejsce śmierci swojego kolegi dopiero pod koniec stycznia 2000 roku.

            Czwarty konflikt zbrojny miał miejsce latach 2002 i 2003 właśnie w rejonie, gdzie leży Loulombo. Nowe rozruchy spowodowały, że ludzie uciekali, chroniąc się w pobliskich górach i lasach. Całe Loulombo zostało zniszczone. Wtedy została zrabowana na sprzedaż blacha z dachów kościoła, plebanii, domu sióstr i innych misyjnych zabudowań. Dzieło armii prezydenta, który ma za zadanie dbać o dobro ludzi i kraju, stało się… doskonałe. Zciągnięto nawet wizerunek Ukrzyżowanego z grobowego krzyża oraz wykradziono dwa przęsła z ogrodzenia grobu.

 

Grób księdza Jana

 

            Główne uroczystości, będące wspomnieniem męczeńskiej śmierci księdza Jana przed dziesięcioma laty, miały miejsce w Loulombo, w niedzielę 28 września. Nasza podróż na miejsce składała się z dwóch etapów. W przeddzień, w sobotę, dojechaliśmy do Kinkala (75 km od Brazzaville) po dobrej, nowo wybudowanej drodze. Noc spędziliśmy w niewielkim miasteczku, które jest stolicą diecezji. Wcześniej bp Louis Portela przyjął nas bardzo mile w swoim biskupim domu, częstując smaczną afrykańską kolacją. Nazajutrz czekał nas trudny odcinek 120 km, który pokonaliśmy w ciągu czterech godzin. Ta średnia prędkość mówi o wszystkim. Tak beznadziejną drogę widziałem i przemierzyłem tylko raz w Republice Środkowoafrykańskiej na odcinku Ouango – Sibut. W ramach ciekawostki podróżniczej trzeba powiedzieć, że – jak to ma w zwyczaju biskup Wiktor odwiedzając misjonarzy – i tym razem, w drodze powrotnej do Brazzaville, na jej łagodniejszym odcinku, po minięciu Mindouli, usiadł za kierownicą toyoty, prowadzonej zwyczajnie przez ks. Bogdana Piotrowskiego.

            Droga do Loulombo prowadzi przez Missafou i Mindouli, miejscowości, gdzie kiedyś pracowali księża tarnowscy. W Missafou prawie przez dwa lata (XII 1996 – IX 1998) proboszczem był ks. Bogdan Piotrowski, mając do pomocy miejscowego diakona, a później księdza – Alaina, pełniąc jednocześnie przez ostatnie 9 miesięcy tę samą rolę w Brazzaville (był to czas II wojny domowej w Rep. Konga). Pierwsze kroki na kongijskiej ziemi w latach 1990-1994 stawiał on w Mindouli. W tej parafii pracował też rok ks. Andrzej Kurek, przez trzy lata ks. Jan Czuba (1989-1992) i ks. Kazimierz Nowak, pięć lat ks. Augustyn Gurgul, dziesięć lat ks. Józef Smoleń, a ks. Stanisław Łacny był tu proboszczem przez 19 lat. Dzisiaj Missafou jest bez księdza od dobrych kilku lat. Duża parafia w Mindouli prowadzona jest przez księży kongijskich.

            Eucharystia w Loulombo była celebrowana sub divo, na podłożu pajotu (sam pajot został zniszczony), gdzie katechezę i zebrania grup parafialnych prowadził ksiądz Jan. Mszy św., którą celebrowało 32 kapłanów (a więc trzy czwarte Kongijczyków, którzy nieraz jeszcze jako klerycy znali księdza Jana) przewodniczył miejscowy biskup Louis Portela. Swoją homilię wygłosił w trzech językach: francuskim, lari i mounoukoutouba. Słuchacze bowiem pochodzili z różnych stron Konga. Mówił dużo o potrzebie miłości i pojednania, którego żywym przykładem – do tego często powracał – był ksiądz Jan. Uczestników było kilkuset. Przyszli i przyjechali nieraz z daleka. Sam rozmawiałem z ludźmi, którzy zrobili pieszo kilkanaście kilometrów. Wśród zebranych byli nie tylko katolicy. Obecni byli ze swoim sztandarem również reprezentanci Nindża, przez którą to bojówkę został zamordowany ksiądz Jan. Jego morderca już nie żyje. Nindża to ludzie Bernarda Koleli z regionu Pool, przegranego kandydata do krzesła prezydenta. Dzisiaj stanowią bardziej rodzaj sekty, noszą fioletowe chusty i dredy. Powszechnie mówi się, że ich obecny przywódca wszedł w konkretne układy z prezydentem Sassou Nguesso (za cenę opanowania sytuacji w tym rejonie nie miał on chyba innego wyjścia) i dlatego powodzi się im dużo lepiej niż przeciętnemu obywatelowi Republiki Konga.

            Dzień uroczystej celebracji 10-tej rocznicy męczeńskiej śmierci naszego Rodaka był dla biskupa Louisa okazją do ogłoszenie reaktywacji parafii pw. św. Tomasza w Loulombo. Po dziesięciu latach nieobecności księdza, parafia oficjalnie otrzymała proboszcza i wikarego. Problem w tym, że na razie nie mają gdzie zamieszkać. Wszystkie budynki, zbudowane przez tarnowskich misjonarzy (plebania, dom sióstr) zostały splądrowane i zniszczone tak, że pozostały tylko ściany z otworami na okna. Za tymczasowe miejsce noclegu służy obecnie tylko garaż.

            Grób księdza Jana jest dobrze utrzymany. Jego budową z odległości 200 km zajmował się ks. Bogdan Piotrowski, który w Loulombo z księdzem Janem przepracował dwa lata. Elementy grobu i jego ogrodzenia były wysyłane pociągiem pod okiem miejscowych wiernych. Było to niełatwe przedsięwzięcie. Ostatecznie został wynajęty cały wagon, którym przewieziono granitowe elementy grobu. Ze stacji kolejowej, na miejsce wiecznego spoczynku księdza Jana, przetransportowali budulec ludzie… zwani Nindża, a więc ci, z których rąk zginął ksiądz Jan. We wrześniu 2001 roku nastąpiło uroczyste poświęcenie grobu, w którym wzięło udział m.in. rodzeństwo ks. Jana: bracia i siostra.

            Ksiądz biskup Wiktor wraz z czterema kapłanami (jeden Kongijczyk) oraz misjonarką świecką p. Ewą Gawin, pracującą w Kamerunie od 18 lat, która specjalnie na tę okoliczność przybyła do Konga, dotarł na grób osiem dni później, w dniu 6 października. Przybywając w towarzystwie ks. Bogdana Piotrowskiego, ks. Józefa Klocha, ks. Tomasza Atłasa i wspomnianej świeckiej misjonarki Ewy, został radośnie przyjęty śpiewem przez miejscowych chrześcijan, a potem modlił się przy grobie. Mszę świętą przy dość licznej – jak na niezapowiadaną wizytę – grupie wiernych (80-100 osób) celebrował w kościele w Loulombo, a podczas niej wygłosił krótką mowę. Po celebracji powrócił na grób i tam modlił się przez dłuższą chwilę. Zobaczył również mury plebanii, wybudowanej przez tarnowskich misjonarzy ks. Andrzeja Kurka i ks. Augustyna Gurgula, byłym miejscu zamieszkania księdza Jana.

          Ta pozostałość plebanii i innych budynków robią smutne wrażenie i to nie tylko na tych, którzy byli lub bywali w Loulombo za czasów tarnowskich misjonarzy. Kiedy w dniu 28 września przyszło mi z całą delegacją „Tarnowiaków” (ks. Jan Piotrowski, ks. Jan Wnęk, ks. Marek Mroczek, ks. Kazimierz Nawalaniec, ks. Józef Kordek, s. Kinga Kozdrój, p. Jadwiga Piotrowska, p. Jacques Masiek) oraz z obecnie pracującymi na ziemi kongijskiej tarnowskimi misjonarzami i misjonarkami stanąć przy grobie księdza Jana, na tym pustym (bez niego!) terenie, kiedy patrzyliśmy na splądrowane budynki, które 10 lat temu tętniły życiem kogoś kto kocha, kiedy patrzyliśmy na kikuty tych zabudowań, na miejsca po wydartych z nich przedmiotach, przez kradzież których ktoś się wzbogacił, kiedy patrzyliśmy na ściany zarastające dziką trawą, to nikt, na pewno nikt, mimo wszystko, nie dopuszczał myśli, że to co wydarzyło się 27 października 1998 roku było daremne. Zastaliśmy jak apostołowie z Marią pusty teren, jakby nawet pusty grób, nad którym unosił się tajemniczy głos: nie ma go tu, ale on żyje!

            Wierzymy, że żyje, że teraz wstawia się za nami u swego Pana, dla którego oddał życie. Pragnieniem Biskupa Tarnowskiego i niejednego z nas jest to, byśmy kiedyś o tym jego szczęśliwym życiu mogli mówić całemu Kościołowi, byśmy w nim kiedyś mogli widzieć świętego na nasze czasy: służącego ludziom, których ukochał ze względu na Chrystusa i pozostał z nimi w chwilach trudnych do końca.

            Cisza, która akompaniowała naszej modlitwie nad „pustym” grobem, przekrzykiwała milczenie tych, którzy o misjach nic nie mówią, a już na pewno nie mówią, że misje to sprawa wiary, że to sprawa, za którą wierni Chrystusowi oddają swoje życie. W tej ciszy doskonale słychać słowa księdza Jana napisane dwa dni przed śmiercią: „Zostaję na miejscu do końca”. To deklaracja miłości wobec tych, których życie było mu tak drogie, że swoje potrafił im poświęcić.

            Kto dzisiaj odwiedza Loulombo, może dostrzec ule zrobione jeszcze przez księdza Jana i pszczoły doglądane przez tych, których ksiądz Jan nauczył sztuki pszczelarskiej. Ale przecież nie tylko to zostało po nim. Przede wszystkim została jego wiara, jego miłość, jego wierność do końca. Jego koledzy misjonarze pozostawili po sobie wiele. Wiele wybudowali, wielu ochrzcili, wielu ludziom pomogli. A on pozostawił wszystko. Pozostawił siebie oddając swoje życie, jako najcenniejszy dar.

Oyo – kolebka tarnowskich misji

 

            Rocznica trzydziestu pięciu lat znajduje swe szczególne odniesienie do misji na północy Konga w diecezji Owando. Tutaj bowiem, do ówczesnej wioski Oyo nad rzeką Alimą (dziś już miasteczko), oddalonej od stolicy 420 km, do misji opuszczonej przez francuskich misjonarzy, w maju 1973 roku przybyli pierwsi księża tarnowscy: ks. Stanisław Łacny, ks. Stanisław Jeż i ks. Andrzej Piotrowski. W grudniu dołączył ks. Wojciech Mach, ale został przydzielony do katedry w Owando, stolicy diecezji.

            Proboszczem parafii pw. Wniebowzięcia MB (dawne wezwanie było związane ze św. francuską Radegondą, której kult przywieźli misjonarze francuscy) jest ks. Józef Piszczek. Prawie cały swój kongijski żywot spędza w Oyo. Pracuje to bowiem od 1987 roku. Właśnie w naszej obecności zaczął swój 21 roku posługiwania w Afryce. Przed nim, jak i z nim, pracowali tu księża: Stanisław Jeż, Stanisław Łacny (proboszcz), Andrzej Piotrowski, Wojciech Mach (proboszcz), Stanisław Pawłowski (proboszcz), Bronisław Rosiek, Jan Betlej, Józef Kiwior i Tomasz Atłas. Przez pięć lat (1997-2002) pracował w pojedynkę. Wtedy, w roku 1999, parafia obchodziła 100-lecie ewangelizacji. Od 2005 roku przydzielani mu są kongijscy wikarzy. Obecny, już drugi, ma na imię Urbain.

            Już w pierwszym dniu pobytu duże wrażenie na uczestnikach wywarła wizyta na cmentarzu w Tsambiso, gdzie znajduje się grób pierwszego proboszcz Oyo – o. François Moger, który zmarł w wieku 33 lat.

            Obszar parafii zamieszkuje plemię mboschi mówiące językiem o tej samej nazwie. Jednak językiem urzędowym jest tu lingala. Parafia systematycznie szczupleje w tym sensie, że co jakiś czas oddzielają się od niej większe ośrodki, tworząc samodzielne parafie. I tak w listopadzie 2001 roku oddzieliło się Olomo, gdzie kaplicę wybudował ks. Wojciech Mach, położone 16 km od Oyo na południe od Alimy. Drugą parafią wydzieloną w listopadzie 2006 roku jest Tchikapika położona 30 km od Oyo wzdłuż rzeki. Jest to ważny sektor. Mieści się tu dystrykt czyli powiat. Pochodzi z niego Albert Ngondo, dyrektor krajowego skarbu. Wraz z żoną ufundowali budowę kościoła i plebanii, które ogrodzili murem, a w budowie jest dom dla sióstr. Przewidziane są kolejne nowe parafie: Abala (obecnie należy do Olombo) oraz Obouya oddalona 40 km od Oyo. Aktualnie księża obsługują dwa sektory z dziesięcioma wioskami.

            Oyo jest miastem prezydenta Denisa Sassou Nguesso (pochodzi on z pobliskiej wioski Edou) będącego już przy władzy ponad dwadzieścia lat, od 1979 z przerwą (1992-1997). Na terenie liczącego około 10 tys. mieszkańców miasta znajduje się prezydencki pałac dotykający brzegu Alimy oraz domy-pałace córek prezydenta, jak też przyciągające stylem i bogactwem inne domy, których dorobili się ludzie władzy, lub domy-urzędy, których nie spotka się w innych częściach Konga. Osobliwym zespołem architektonicznym jest wioska Abo położona tuż za Oyo. To zespół kilkunastu pięknie wykończonych domków (takiego „cacka” nie widziałem nigdy i nigdzie w Afryce), z którymi kontrastuje rzucająca się w oczy typowa biedota afrykańska po drugiej stronie drogi.

            Oyo zamieszkiwane jest w dużym procencie przez przybyszów z sąsiedniego, tzw. „demokratycznego” Konga oraz Rwandy. Oni też tworzą w dużej mierze miejscową wspólnotę katolicką. Są tu również reprezentanci Afryki Zachodniej, zwłaszcza zajmujący się handlem – z Mali, Nigru, Mauretanii, Kamerunu czy Gabonu.

            Wśród osób zamieszkujących miasto i okolice katolików jest zaledwie 30-40 %. W niedzielę na Eucharystii jest od 500 do 1000 ludzi. W parafii prowadzona jest katecheza chrzcielna. Na III roku przygotowania jest 50 katechumenów, a na I i II około 150. Niemowlęta chrzczone są tylko na Boże Narodzenie i wtedy dopuszcza się ich około 20-30 z rodzin katolickich. Katechezę prowadzą księża, siostry i świeccy. W sumie zajmuje się nią 5 osób. Rocznie proboszcz błogosławi pięć par małżeńskich, są to przede wszystkim przybysze w Rwandy.

            Największą grupę parafialną stanowi Legion Maryi (60 osób), a także Odnowa w Duchu Świętym (50). Są jeszcze inne jak: św. Michała, MB Nieust. Pomocy czy św. Rity. Jest też charakterystyczna dla Konga grupa upamiętniająca postać zamordowanego kard. Emila Biayendy, której zadaniem jest promować porozumienie, jedność, a także beatyfikację wielkiego Syna narodu kongijskiego. Wśród dzieci działają skauci, Yambote i Eliza (dla dziewcząt, powołaniowa). Nie brak ministrantów (ok. 20). Jest – obowiązkowo w Afryce –  chór, a także grupa liturgiczna. Oczywiście nie brak Rady parafialnej, a nawet ekonomicznej.

            Parafia to również pewne katolickie centrum wychowawczo-dydaktyczne. Funkcjonują tu bowiem  dwie szkoły (podstawowa i gimnazjum) oraz przedszkole ze 150 dziećmi prowadzone przez siostry józefitki, które są w Oyo obecne od roku 1975. Dyrektorką przedszkola jest s. Elza Sztorc – jedyna Europejka w składzie sióstr.

            Szkoła podstawowa nosi imię św. Radegondy. Została założona jako katolicka w 2001 roku. Posiada 6 klas, do których uczęszcza około. 250 dzieci. Jest to dzieło kolędników misyjnych, zwłaszcza z 2002 roku, z pokaźnym wkładem parafii Tylmanowa (festyn). Widzieliśmy też po części zakończony budynek gimnazjum im. św. Zygmunta Gorazdowskiego, wzniesiony również za ofiary kolędników misyjnych z okresu Bożego Narodzenia 2007. Rząd zobowiązał się zapewnić i opłacać nauczycieli jako zadośćuczynienie za nacjonalizację przeprowadzoną w 1965 roku, która zabrała Kościołowi dużo prowadzonych przezeń szkół. Zobowiązania, nawet na papierze, zostają jednak „zobowiązaniami bez zobowiązań”.

            Ponieważ nasza wizyta przypadła na początek października, więc w drugim dniu miesiąca (czwartek) o godz. 7.00 miała miejsce uroczysta inauguracja roku szkolnego. Rzeczywiście była to wielka uroczystość przewodniczona przez ks. biskupa Wiktora i z jego słowem. Swoją obecność na Eucharystii zaznaczyły wszystkie obecne grupy: od dzieciaków po dorosłych. Ks. Józef Kloch nazwał tę mszę św. najgłośniejszą w jego życiu, choć wydaje mi się, że następne dni dały jeszcze więcej podstaw do odczuwania tego „naj”.

            Dzień wcześniej, jako że zaczynał się październik, przy grocie Matki Bożej wybudowanej przez ks. Józefa w 1988 roku, odmówiliśmy różaniec. Ksiądz Biskup zakończył go krótkim słowem, a potem długo przychodzili do niego ludzie, zwłaszcza matki z dziećmi, po błogosławieństwo.

            Wielką atrakcją dla przebywających w Oyo była dwuipółgodzinna przejażdżka po rzece Alimie i jej meandrze Nkomo. Dwiema pirogami dotarliśmy w serce puszczy kongijskiej. Ponieważ zapowiadało się, że była to wyprawa dla odważnych, dlatego jej załogę stanowili najodważniejsi. W tym miejscu brawa należą się zwłaszcza kobietom: s. Kindze, p. Jadzi i p. Ani Dudoń, która tym razem nie musiała starać się nam o bilety na ten środek lokomocji. Po tym czekał nas typowo kongijski posiłek. Tym razem serwowany przez gościnne siostry józefitki.

Parafia, jako jeden z pierwszych darów od diecezji tarnowskiej, otrzymała już w latach siedemdziesiątych tabernakulum, w 1993 roku trzy stukilogramowe dzwony („Św. Józef”, „Św. Stanisław” i „Św. Jerzy”), a w 2007 została obdarowana samochodem terenowym marki toyota. Diecezja również przekazała 10 tys. euro na budowę studni głębinowej.

Droga powrotna z Oyo do Gambomy prowadziła przez Mossende. Tu, przy solidnej, choć o mało sakralnych kształtach kaplicy wybudowanej przez ks. Józefa Kordka, na Księdza Biskupa oczekiwało dużo osób z miejscowej wspólnoty katolików. Zatrzymaliśmy się więc, by zaspokoić pragnienia miejscowej ludności. Otrzymali błogosławieństwo polskiego biskupa.

Spotkanie w małej wiosce okazało się również dla nas okazją do radości. Na miejsce przybyła ze swym kilkuletnim synkiem zatroskana mama. Na brzuszku dziecka widoczny był duży guz. Matka była już z nim w miejscowym szpitalu w Gamboma, ale odesłano ją z kwitkiem. Ostatnią instancją, jak często bywa, jest misjonarz. Otrzymała więc zaraz polecenie, by ze swoim synkiem jechać do Brazzaville. Oczywiście nie musiała już myśleć o kosztach podróży. Nie wiemy jak skończyła się dolegliwość chłopca. Miejmy nadzieję, że widoczna, duża zmiana w organizmie chłopca nie była czymś groźnym i została usunięta.

 

Trochę młodsza siostra Gamboma

 

            Mimo że Gamboma oddalona jest od Oyo tylko 100 km na południe, to obszar misji jest już bardziej zróżnicowany etnicznie. Zamieszkują go reprezentanci czterech plemion: Gangoulou (stolicą jest Gamboma), Teke, Mboschi i Olé. Pierwsze dwa plemiona mają nawet swojego króla. Z tym pierwszym na wizytę umówiony był Ksiądz Biskup, ale deszcz uniemożliwił realizację zamierzenia.

            Parafia św. Piusa X w Gambomie istnieje od 1956 roku. Chociaż historycznie powstała prawie 60 lat po parafii oyskiej, to rzeczywiście, biorąc pod uwagę obecność w niej tarnowskich księży, to tylko trochę młodsza siostra Oyo. Obecność tarnowska w niej zaznaczyła się już w 1974 roku wraz z przybyciem ks. Andrzeja Piotrowskiego i ks. Stefana Wala. Pracowali tu również: ks. Bronisław Puchała, ks. Józef Kordek (22 lata w Gamboma, z czego 19 jako proboszcz), ks. Stanisław Boroń, ks. Jan Betlej. Obecnie proboszczem od października 2006 roku jest ks. Tomasz Kania (w parafii i Afryce od listopada 2002). W pracy pomaga mu diakon Jicker Etsoh-Landzambe.

            Samo miasto liczy około 20 tys. mieszkańców, w tym 20% katolików. W niedzielę na mszy św. jest około 1000 osób. W katechezie przed chrztem i I Komunią, która trwa dwa lata, uczestniczy od 80 do 100 dzieci. Do bierzmowania przygotowuje się już tylko połowa z nich.

            Również i ta parafia jest matką dla nowych. W czasie wydzieliły się: Ngo, gdzie przez prawie 9 lat proboszczował ks. Bronisław Rosiek, a na koniec podejrzany o moce czarodziejskie musiał salwować się ucieczką, Mpouya, gdzie swoje 10 ostatnich lat (z 24 spędzonych w Kongu) przebywał ks. Stefan Wal, czy wreszcie Ongogni, gdzie w roku 1989 kaplicę wybudował ks. Józef Kordek. W perspektywie są dwie następne wspólnoty parafialne.

            Aktualnie parafia ma za zadanie obsługę 12 wiosek. W tych wioskach i samej Gambomie udzielanych jest od 200 do 250 chrztów rocznie. Przeszkodą w ewangelizacji jest nie tylko wielość sekt i religii na omawianym obszarze. Charakterystyczna jest nikła przynależność do Kościoła katolickiego ludzi z plemienia Gangoulou. Wynika to z tradycji, że temu plemieniu przypisana była religia dieudonizm (od założyciela André Dieudonné).

            Choć Ksiądz Biskup i towarzyszące mu osoby były przyjmowane w Gamboma, to jednak głównym przeżyciem dla wielu była Eucharystia w Passa, wiosce oddalonej od Gambomy o prawie 80 km. Niezwykłość uroczystości streszczała się w tym, że ślub brała niemłoda już „młoda para”, a dla mężczyzny był to dzień nie tylko ślubu, ale chrztu i I Komunii św. Szafarzem był oczywiście Gość z Tarnowa. Rozpoczęta o 1030 i trwająca 2 godziny i 40 minut, podczas upalnego dnia, celebracja, dała się we znaki wszystkim. Długo trwała każda część mszy św. Procesja z darami to niekończące się tańce. Nie brakło w niej również żywego daru – kozy. Po uroczystości oczywiście obiad w wiosce. Była to okazja, by Ksiądz Biskup spotkał się z szefem wioski, z głównym szefem wspólnoty katolickiej, który organizuje niedzielny kult w czasie nieobecności misjonarza oraz z katechistą, przygotowującym dzieci i dorosłych do sakramentów. Tamtejsza wspólnota nie zaniedbała okazji i zwróciła się do Księdza Biskupa o pomoc w wybudowaniu kaplicy z prawdziwego zdarzenia.

            Na ostatnim odcinku drogi powrotnej towarzyszył nam tropikalny deszcz. On też przekreślił nasze plany i nie odwiedziliśmy króla plemienia Gangoulou.

            Duszpasterski wymiar życia wspólnoty w Gambomie to również praca z różnego rodzaju grupami. Wśród dorosłych najliczniejsza jest grupa Odnowy w Duchu Świętym (ok. 50 osób), Legion Maryi (30), grupa św. Michała (30), jest chór (40) i oczywiście rada duszpasterska składająca się z 10 osób. Wśród dzieci są skauci (30), jest jak wszędzie grupa Yambote (60), Eliza (40), ministranci (20, w tym 5 dziewczynek) oraz ze względu na obecność sióstr józefitek – grupa św. Józefa licząca około 70 dzieci. Siostry stanowią tu wspólnotę kongijsko-polską. Są dwie Afrykanki oraz s. Roberta Czarnik i s. Aurelia Niemiec.

            Wielką chlubą parafii gambomskiej jest katolicka szkoła parafialna. Dyrektorem jest s. Roberta. Zarówno podstawówka jak i gimnazjum działają od 2000 roku. W podstawowej uczy się od 200 do 220, a w gimnazjum od 80 do 100 uczniów. Szkoły te cieszą się najlepszą średnią w kraju, gdy chodzi o testy egzaminacyjne na koniec szkoły podstawowej i gimnazjum. Wielki wkład w istnienie i funkcjonowanie szkół włożyli ks. Józef Kordek i ks. Tomasz Kania. Ten ostatni przygotował nawet katechizm do nauczania w szkole.

            Gimnazjum, które jeszcze wymaga rozbudowy, to dzieło kolędników misyjnych. Podobnym dziełem będzie przedszkole, które już funkcjonuje w prymitywnych warunkach, a na budowę którego ofiary, zebrane przez kolędników podczas Bożego Narodzenia 2007, już czekają.

            Również w Gamboma, w dniu 4 października, Ksiądz Biskup celebrował mszę św. na rozpoczęcie nowego roku szkolnego.

Osobliwością wspólnoty parafialnej w Gambomie są powołania. Pochodzi z niej 10 księży, 2 diakonów zmierzających do święceń kapłańskich i 2 siostry.

Kolacja, którą gościły nas siostry w Gamboma, miała akcent polski, a nawet tarnowski. Przyczyną tego był nie tylko serwowany w Afryce bigos, ale głośne wobec ucha biskupiego rozmowy, a wręcz sugestie naszych niektórych misjonarzy na temat utworzenia kapituły zamorskiej, w której niektórzy widzieliby się na stanowiskach w niej przez nich przewidzianych. Miałaby to być kapituła polowa, czyli taka, której członkowie żyliby z pola przez nich uprawianego. A więc bona posiadane kiedyś przez kanoników, byłyby teraz polami manioku i kawy! Świat się zmienia. O ile pamiętam, żadne nominacje jednak przy stole nie padły.

Również i ta parafia otrzymała z diecezji tarnowskiej znaczne dary. Podobnie jak Oyo cieszy się tabernakulum z Tarnowa. W roku 1998 i 2005 otrzymała samochody – terenowe toyoty. W roku 2008 kolędnicy misyjni sfinansowali studnię głębinową, na której wykonanie przeznaczone zostało 20 tys. euro.

 

Niezobaczona misja

           

            Czwarty misjonarz diecezji tarnowskiej w Republice Konga – ks. Marian Pazdan cieszył się byciem z nami przez cały czas naszego pobytu. Nie przeżył jednak radości z powodu pokazania swojemu Biskupowi i nam swojej misji, swoich parafian, swoich dzieł, których zresztą nazbierało się dużo na przestrzeni 18 lat pracy na kongijskiej ziemi. Jest obecnie jedynym Europejczykiem w diecezji Nkayi, której pasterzem jest bp Daniele Mizonzo. W tej diecezji pracowali kiedyś: ks. Jan Kudłacz (1985-1996), ks. Jan Piotrowski (1985-1991) oraz ks. Józef Kiwior (1988-1992). Niezobaczenie misji w Louvakou związane było z odległością, na której pokonanie lądem trzeba by było kilka dni, zaś podróż lokalnym samolotem, ze względu na częstotliwość i punktualność lotów, byłaby również trudna do zorganizowania w czasie, jaki był do dyspozycji.

            Po pięcioletniej przerwie, którą wymusiła wojna domowa w Kongo, ks. Marian po pracy duszpasterskiej w Belgii, w 2002 roku powrócił do Konga, a konkretnie do swojego Nyanga. W październiku 2004 roku osiadł w parafii św. Teresy w Kibangou. Wystarczyło mu trzy lata na gruntowne powiększenie kościoła, na wybudowanie tam plebanii oraz domu dla dzieci, który w języku mounoukoutouba nazywa się Inzo ya luzolo (dzieło kolędników misyjnych). W listopadzie 2007 roku jego (nie)spokojny duch misyjny kazał mu się przenieść do Louvakou, gdzie stanęło przed nim życiowe zadanie: budowa pierwszego w Kongu sanktuarium miłosierdzia Bożego – kościoła, którego długość jest na 61, a szerokość na 10 m. Wcześniej jednak zaczął realizację innego projektu kolędniczego: Inzo ya kilengi (Dom radości), czyli domu dla dzieci z pięcioma salami katechetycznymi i ośmioma pokojami czteroosobowymi, gdzie dzieci przybywające do Louvakou z okolic, będą mogły znaleźć dach nad głową. Zanim jednak powstanie sanktuarium (ks. Marian powtarza wszem i wobec, że nastąpi to 2011 roku), misjonarz musiał przystosować i wyremontować opuszczoną kaplicę, w której zakrystii przez jakiś czas zamieszkiwał.

            Samo Louvakou, oddalone 400 km od Brazzaville, jest małą mieściną o randze podprefektury, liczącą 800 mieszkańców, w tym tylko 120 katolików. Jest tu szkoła podstawowa i college, posterunek policji oraz mały szpital bez lekarza. Do najbliższego miasta Dolisie (trzecie co wielkości miasto w kraju) jest 30 km.

Jako misjonarz ks. Marian ma do obsługi 25 wiosek zamieszkiwanych przez około 8 tys. mieszkańców. Życie w parafii również mocno osadzone jest na istnieniu małych wspólnot. Jest tu, podobnie jak w Brazzaville, schola ludowa, która animuje śpiewy w kościele, a także modlitwy za zmarłych. Jest też wszędzie obecny Legion Maryi (ok. 80 osób).  W wioskach są grupy dziecięce Elisa, prawie każda wioska ma chór, w grupach Yambote zaangażowanych jest około 150 dzieci. Ministranci są tylko w misji głównej. Jest ich 12. Nie brakuje podstawowej siły, jaką są katechiści świeccy. Jest ich 40 i na nich spoczywa nauczanie katechizmu oraz prowadzenie modlitw w czasie nieobecności księdza we wspólnocie. Jest caritas parafialna (aż 30 osób). Nie dużo mniejsza jest rada parafialna.

Ksiądz Marian w Louvakou jeszcze nikogo nie ochrzcił, pobłogosławił jedną parę małżeńską. Nadzieją napawa fakt, że do wejścia do Kościoła przez chrzest przygotowuje się prawie 200 osób. Ochrzcił jednak w Kongo podczas tych 18 lat ofiarnej pracy około 1700 osób i pobłogosławił około 80 par. Nasz misjonarz posługuje się językiem mounoukoutouba, który jest jednym z trzech języków narodowych. Plemiona zamieszkujące tereny działań duszpasterskich ks. Mariana, posługują się jednak swoimi rodowymi językami: pounou, nzabi, voungou i pouni.

Również ks. Marian otrzymał od diecezji tarnowskiej dwa samochody w 2002 i 2006 roku.

           

Zostawili wiele

 

            Przez prawie dwa tygodnie mieliśmy okazję zobaczyć nie tylko kraj, jego funkcjonowanie, codzienne życie ludzi, ale również życie Kościoła, jego infrastrukturę oraz struktury, które istnieją między innymi dzięki misjonarzom tarnowskim.

Obecność i praca księży tarnowskich w Kongu-Brazzaville przez 35 lat to ogrom dobra pozostawionego i przekazywanego tam pod postacią ewangelizacji, działania na rzecz promocji człowieka i przedsięwzięć budowy różnych struktur materialnych. Wzrost liczby ochrzczonych, większa świadomość religijna wiernych, kościoły, kaplice, szkoły, różnej użyteczności domy, dzieła charytatywne – świadczą o tym same za siebie. Jednak złożona na kongijskiej ziemi ofiara męczeńskiej krwi naszego rodaka, księdza Jana Czuby, przewyższa wszystko dobro, którego autorami byli i są księża z Tarnowa. Oni zostawili wiele, on zostawił najwięcej. Niech więc właśnie jego osoba będzie największym pomnikiem ewangelizacji Konga dokonanej przez 35 lat przez księży tarnowskich. Ksiądz Jan Czuba złożył największy dar – dar swojego życia. Niech owoc jego męczeńskiej śmierci będzie dla nas najważniejszy, dla nas jako Kościoła tarnowskiego i dla nas jako tych, którzy na ziemi kongijskiej świętowali jubileusz 35-lecia pracy księży tarnowskich na misjach.

 

ks. Krzysztof Czermak

Głoście Ewangelię (2009)1, s.5-21