kl. Robert Gucwa

Pamiątkowa tablica

Jest w kościele parafialnym w Tarnowie-Mościcach pamiątkowa tablica poświęcona Robertowi Gucwie. Dla nas, pamiętających jego głos, sposób bycia, uśmiech i drogę powołania, tablica z bocznej nawy przypomina, obcych zaś informuje. Artysta zawarł w swoim dziele istotę powołania życiowego Roberta - młody Misjonarz z Mościc naucza; ukazuje zasłuchanym Afrykańczykom Ewangelię i Chrystusowy Krzyż. Treść pamiątkowej tablicy dopełnia umieszczona w tle korona cierniowa i napis:

"Nie ma większej miłości, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich"

Robert Gucwa, ur. 24III1969 r.
Alumn Stowarzyszenia Misji Afrykańskich, oddał życie jako misjonarz w Bangui w Republice Środkowej Afryki. Zamordowany 15XI1994 r.

"Idźcie i nauczajcie" Mt 28,19

Rodzina i Stowarzyszenie Misji Afrykańskich Młodzież Parafii Tarnów-Mościce

Pamiątkowa tablica sprzyja zamyśleniu. Przywołuje z pamięci kolejne wydarzenia z życia Roberta, wydarzenia które dobrze znamy, w których uczestniczyliśmy, poprzez które Robert na różny sposób stał się nam bliski i wypełnił nasze życie.

 

 

Pamiętne wydarzenia 1994 roku

Przypomnijmy podstawowe informacje: 15 listopada ok. godziny 19.15 pod dom formacyjny Stowarzyszenia Misji Afrykańskich przybyła grupa ok. 8-10 uzbrojonych bandytów. Klerycy i przełożeni spożywali wtedy kolację w osobnych pomieszczeniach. Napastnicy weszli do obydwu i nakazali położyć się twarzą do ziemi. Grozili bronią. Robert, chcąc ochronić przełożonego, o którego dopytywali się bandyci, sam podał się za niego. Jasnym był również cel napadu: rabunek. Robert oznajmił, że jego pokój, jako przełożonego, znajduje się w sąsiednim budynku. Pod kontrolą bandytów wyszedł na zewnątrz, wyswobodził się i pobiegł do sąsiedniego budynku należącego do księży Kombonianów. Zawiadomił ich o napadzie. Ci włączyli syrenę alarmową. Robert najprawdopodobniej chciał wrócić do swoich kolegów. Padło kilka strzałów. Dwie kule ugodziły go w brzuch i w płuco. Prawdopodobnie zmarł na miejscu. Misjonarze Kombonianie umieścili go w samochodzie i nie bacząc na niebezpieczeństwo, jeden ze starszych misjonarzy udał się z Robertem do szpitala w Bangui. Napastnicy uciekli. Samochód z zagrabionym mieniem utknął w błocie. Skradzione rzeczy stały się łupem miejscowej ludności.
Uroczystości żałobne odbyły się w stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej w Bangui w piątek 18 listopada o godzinie 10.00. Przewodniczył im biskup pomocniczy Edward Mathos. Tego dnia telewizja katolicka przekazała o godz. 12.00, 13.00 i 14.00 informacje o tragicznych zdarzeniach. Poinformowane też zostały władze cywilne.

W tydzień po Mszy św. żałobnej odprawionej w dalekiej Bangui, trumnę Roberta otoczyło inne grono. W piątek, 25 listopada 1994 roku, w godzinach wieczornych kondukt żałobny przybył do kościoła Najświętszej Maryi Panny Królowej Korony Polskiej w Tarnowie Mościcach. W drodze z domu rodzinnego Roberta do kościoła parafialnego modlitwom przewodniczył ks. kanclerz Karol Dziubaczka. Kaznodzieja - Wikariusz Biskupi ds. Misji ks. Krzysztof Czermak zwrócił wówczas uwagę wiernych na prawdę zawartą w słowach Tertuliana: "Sanguis martyrum - semen christianorum".
Po wieczornej Mszy św. licznie zebrani pozostali jeszcze w kościele do późnych godzin wieczornych, aby w modlitewnym czuwaniu polecać dobremu Bogu duszę zmarłego Roberta. O godzinie 21.00 miał miejsce apel wieczorny. Na zakończenie wspólnej modlitwy przemówił wicegenerał Stowarzyszenia Misji Afrykańskich ks. Wim Frankenhuisen.
Następnego dnia, 26 listopada 1994 roku, rozpoczęło się ostatnie pożegnanie Roberta - żałobna Msza św. i uroczystości żałobne na cmentarzu parafialnym. Uroczystościom przewodniczył ks. bp ordynariusz Józef Życiński. Uroczystości pogrzebowe zakończyły się na cmentarzu parafialnym.

"Pierwsze kroki"

"Pierwsze kroki" Roberta ożywają we wspomnieniach bliskich: "Robert od najmłodszych lat podchodził do wszystkich swoich obowiązków niezwykle odpowiedzialnie i sumiennie. Dlatego chyba tak bardzo przeżywał pierwsze dni w szkole. Nawet z tego powodu dostał gorączki. Martwił się czy wszystkiemu podoła... A przecież już umiał czytać i pisać. Zaczął wcześnie służyć. Swoje pierwsze służenie miał we środę. Poszedł z bratem Krzyśkiem, a był wówczas jeszcze tak mały, że właściwie sam potrzebował pomocy. Był sumienny. Często miał służenie rano. Wtedy szliśmy razem, szczególnie było to konieczne, gdy zimową porą o tej godzinie było jeszcze ciemno, niekiedy trzeba było odmieść śnieg... W późniejszym czasie Robert czytał i śpiewał podczas Mszy św. i nabożeństw. Bardzo lubił tę posługę, podchodził do niej solidnie i wymagająco. Bywało, że gdy wracał z kościoła, mówił co było nie tak, jakby chciał i jak planował. Zastanawiał się też, jak zrobić inaczej, aby było jeszcze lepiej" - Rodzice Roberta. "Robert, jako dziecko, był niewielkiego wzrostu, krępej raczej budowy ciała, ale za to odznaczał się wielką motorycznością oraz żywym i przenikliwym spojrzeniem. Wszędobylski, przenikliwy, czujny. Ujmował nas kapłanów, inteligencją dziecka, które z fachową wyobraźnią nadskakiwało każdemu celebransowi, by przysłużyć podaniem cingulum, czy innym drobiazgiem. A to ujmowało" - ks. Janusz Halik.

W szkolnej ławce

Czas ten tak wspominają nauczyciele i koledzy: "Uczyłem wówczas biologii, chemii i przysposobienia obronnego. Tak więc znałem bardzo dobrze Roberta. Dla mnie był on uczniem, który wybijał się ponad przeciętność. Był indywidualnością. Była to osobowość nieprzeciętna, która charakteryzowała się wczesną dojrzałością" - p. Władysław Węgiel. "Robert nie mówił nigdy na temat swoich planów na przyszłość, było jednak szereg takich sytuacji, w których można było zauważyć jego religijne zaangażowanie. Można to było zauważyć podczas wycieczek szkolnych, poza tym jego głębokie skupienie podczas rozmów na poważne tematy wskazywało, że rzeczywiście jego życie wewnętrzne jest bardzo bogate. Tak więc decyzja pozostania księdzem w przypadku Roberta nie była dla mnie zaskoczeniem" - p. Maria Powroźnik. "Można go było poprosić o wytłumaczenie zadania, wyjaśnienie lekcji i oczekiwać, że nie zrobi tego "po łebkach", ale sumiennie, dociekliwie i do końca wszystko wyjaśni. Na końcu pytał, czy wszystko jest zrozumiałe. To był przede wszystkim człowiek, na którego można było zawsze liczyć. Był tak dalece obowiązkowy, tak dalece poczuwał się do wypełnienia prośby, że gdy nie miał czasu w danej chwili, prosił o inny termin, w którym mógłby w czymś pomóc. I takiego go pamiętam" - p. Dorota Ścieńska-Gucwa. "Od początku mojego pobytu w Mościcach - z polecenia księdza Reca - troszczyłem się o lektorów. Z czasem ukształtowała się dynamiczna wspólnota, którą tworzyli wspaniali chłopcy, pełni twórczej inwencji, zaangażowania i ofiarności. Była to - jak się później okazało - kuźnia powołań kapłańskich. Robert należał do najprzedniejszej tkanki tej wspólnoty. Zrównoważony, raczej oszczędny w uśmiechu, często penetrujący głębię swojej duszy. Świetnie recytował - ze zrozumieniem, z przejęciem, jak wytrawny aktor" - ks. Janusz Halik.

Droga powołania

Po okresie licealnym przyszedł czas wyboru drogi życia: "Był skryty. O wyborze jego drogi misyjnej dowiedzieliśmy się pewnego dnia przy śniadaniu. Było to już po maturze. Wtedy zapytał prosto i spokojnie: "Mamuś, a czy ze mnie to by był ksiądz?" Już wtedy czekał na odpowiedź ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Dzień otrzymania pozytywnej odpowiedzi był chyba najradośniejszym dniem jego życia. Namawiałam go nawet, żeby poszedł do Seminarium Diecezjalnego, lecz mówił zawsze: "Tam, w Afryce, też czekają..." - Rodzice Roberta. "....gdy błogosławiłem związek małżeński w prostym afrykańskim języku sango, przekonałem się, że nie ma w nim pojęć abstrakcyjnych. Trzeba było inaczej przełożyć formułę ślubowania i zastąpić słowo "miłość" innym zwrotem. Tak powstała formuła: "Ślubuję Ci, że będę Cię kochać na całe moje serce". To samo zdanie mógłby powtórzyć żegnany przez nas Robert. On ukochał Chrystusa "na całe swoje młode serce". To serce nie wahało się wybierać nieznanych lądów i trudnych egzotycznych warunków w jednym z najuboższych krajów Afryki, w kraju, który tyle przecierpiał" - ks. bp Józef Życiński.

Pierwsze lata formacji odbyły się w Polsce. W Skorzeszycach i Kielcach zawiązały się pierwsze misyjne przyjaźnie: "Tak naprawdę Robert był naszym pierwszym kandydatem i okazał się liderem wśród kolegów. Podczas formacji w Polsce, a następnie w Afryce okazał się niezwykle uzdolnionym studentem, obdarowanym i hojnym w dawaniu siebie, poświęcając się całkowicie Bożemu powołaniu. Kiedy Robert wstąpił w nasze szeregi czuliśmy się prawdziwie obdarowani przez Boga. Gdy skończyłem swoją pracę w Polsce powróciłem do Afryki. Cieszyłem się na myśl o święceniach kapłańskich Roberta, Wojciecha i Wacława w 1996 roku" - ks. Kazimierz Burke SMA. "Zawsze niezwykle spokojny i zrównoważony zyskał sobie szybko uznanie wśród naszych seminaryjnych kolegów. Był też stanowczy w swoich postanowieniach i decyzjach. Utrzymywał swoje zdanie nawet w otoczeniu opinii przeciwnych. Miał zresztą bardzo często rację... Inną rzeczą, która mnie uderzyła u niego w tym początkowym okresie naszej znajomości, to było głębokie życie duchowe. Nie umiem powiedzieć, jak często się modlił, albo jakie były jego metody modlitwy. Jest faktem, że w czasie tych pierwszych miesięcy spędzonych razem w jednym pokoju, a potem również w czasie naszej wspólnej drogi misyjnej, widziałem Roberta bardzo często na modlitwie osobistej w kaplicy, w pokoju, w podróży. Na początku nawet mówiłem sobie: "ten facet to chyba pomylił się ze swoim wyborem". Mnie misjonarz kojarzył się zawsze z człowiekiem akcji, trochę szalonym, oddanym Bogu, lecz przebywającym stale wśród ludzi, a więc nie mającym zbyt dużo czasu na długie modlitwy lub rozmowy z Bogiem. Oczywiście, w tym czasie nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z tego, jak bardzo modlitwa i czas spędzony na prawdziwej rozmowie z Bogiem są ważne w życiu każdego misjonarza. Ten fakt świadczy o tym, że już w tym czasie Robert rozumiał dobrze to, co ja zrozumiałem dopiero wtedy, gdy postawiłem moją nogę na Czarnym Lądzie" - ks. Wojciech Lula SMA. "Robert, w pierwszym okresie naszej znajomości (czas studiów w Polsce) zapisał się w mojej pamięci jako chłopak o całkowicie odmiennym światopoglądzie, jako chłopak, który zawsze kierował się w swoim działaniu wartościami ewangelicznymi, takimi jak: prawda, cierpliwość, wyrozumiałość, roztropność, rzetelność. Odkrycie jego osobowości dawało mi wiele do myślenia, gdyż osobiście wyszedłem ze środowiska młodzieżowego, które reprezentowało raczej wartości "tego świata", gdzie cwaniactwo, krzykliwość życia, pseudoradości, półprawda i podwójne życie było swoistą normą życiową. Pamiętam, kiedy tak obserwowałem Roberta, mówiłem sobie: "gdzie ten gość się uchował"? Dziś jestem przekonany o tym, że w przypadku, gdy dla mnie decyzja wstąpienia do seminarium i pójście drogą powołania misyjnego była swoistą łaską przemiany mojego życia, dla Roberta wybór drogi do kapłaństwa, chęć głoszenia Ewangelii innym oraz chęć służby bliźniemu była kontynuacją jego dotychczasowego życia, życia z Chrystusem. Wydaje mi się, że formacja oazowa, zaangażowanie w duszpasterstwie młodzieży swojej parafii, wreszcie piesze pielgrzymki do Jasnogórskiej Pani pomogły mu dostrzec i rozwinąć powołanie, do którego podjęcia wzywał go Pan" - ks. Wacław Krzempek SMA.

Dalszy czas to pobyt poza granicami Polski - Togo, Ghana, Calavi i Bangui. Był to czas formacji intelektualnej i duchowej: "Wyjazd do Afryki przyjęliśmy spokojnie, chociaż wiedzieliśmy, że będziemy od tej pory widywać się bardzo rzadko. Już po pierwszym powrocie czuliśmy, że jego serce jest tam... Nie mówił, że jest łatwo... Wiedzieliśmy, że warunki są ciężkie. Ale właśnie w tym wszystkim Robert był szczęśliwy. Przywiózł ze sobą przeźrocza i gdzie mógł opowiadał i pokazywał, co robi w Afryce. Czuło się że zaprasza właśnie tam... Już wtedy był apostołem Afryki w Polsce. Nawet poszedł na pielgrzymkę z myślą, aby podzielić się doświadczeniem i przeżyciami młodego misjonarza. Jak zawsze całym sercem oddany sprawie, której się poświęcił" - Rodzice Roberta. "Robert kochał życie, we wszystkich jego przejawach. Miał potrzebę uprawiania sportu, w którym zużywał dużo energii. Lubił kino: co sobotę wieczór włączaliśmy wideo. Lubił dyskusję w gronie przyjaciół. Lubił muzykę... i swoją gitarę. Ale lubił również chwile samotności przeznaczone na modlitwę lub, po prostu, refleksję, rozważania, kontemplację. Wieczór, gdy przychodziliśmy na Nieszpory, był już w kaplicy, sam przed Najświętszym Sakramentem. Bo był to człowiek modlitwy"- ks. Józef Moulian SMA. "...myślę o tamtym naszym spotkaniu w końcu lutego, dziewięć miesięcy temu. Wtedy zaczynał się w nim proces narodzin dla nieba, ale jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Słuchałem jego refleksji, modliliśmy się razem, razem patrzyliśmy na wieczorne ogniska. Patrzyłem wówczas na horyzont jego pracy, na szkołę, w której wcześniej dokonano masakry, na domek, w którym konała na Aids dziewczynka. W to miejsce ludzkiego dramatu i ludzkiej nędzy przyjeżdżali młodzi Europejczycy nieść nadzieję i głosić Chrystusa. I głosili, nie tylko słowami, ale życiem" - ks. bp Józef Życiński.

Młode życie Roberta przeszyła śmiertelne kula: "Ostatni wyjazd pozostał w naszej pamięci bardzo głęboko. Robert stał na schodach ze zbyt ciężką walizką. Z tego powodu urwało się ucho. Spięliśmy więc pospiesznie walizkę rzemykiem, bo nie było już czasu na inne reperacje. Na dworcu w Tarnowie padło zdanie: "Robert, nie wiadomo czy się spotkamy". A on odpowiedział: "Spotkamy się, spotkamy, jak nie w tym życiu, to w życiu wiecznym". Nikt z nas nie przypuszczał, że te słowa mogą się szybko spełnić. Informacja o tragicznych wydarzeniach w Afryce dotarła do nas następnego dnia rano. Przyjechali do nas ks. Krzysztof Czermak i ks. Józef Kloch. Jak się okazało, Robert zginął poprzedniego dnia ok. 20.30. W tym czasie Tato odmawiał różaniec. I wtedy przyszła niespodziewana myśl: "Co by było, gdyby Roberta spotkało jakieś nieszczęście?". Niewytłumaczalne jest również to, że w noc po tragicznych zdarzeniach Mama - nie wiedząc w tym czasie jeszcze nic o śmierci syna - miała sen, w którym rozradowany Robert wziął ją za rękę i powiedział: "Chodź Mama, chodź, zobacz jakie mam ładne, nowe mieszkanie". Rano dowiedzieliśmy się, co to wszystko miało znaczyć" - Rodzice Roberta.

Zabójca zdołał przeciąć nić życia. Wśród nas pozostaje jednak niezapomniany urok osobowości Roberta: "Robert wnosił ład, zdyscyplinowanie i ciepło w stosunki międzyludzkie. Kulturę bycia i oszczędność w słowach wyniósł chyba z domu. Często był tematem naszych rozmów kapłańskich - darzyliśmy Go sympatią i szacunkiem. Po cichu liczyliśmy, że pójdzie w nasze ślady... Nie był gwiazdorem... Unikał spektakularności... Był systematycznym, pracującym nad sobą chłopakiem, cierpliwym, roztropnie wychylonym ku przyszłości. Ale wychylonym sensownie, dynamicznie i twórczo. Zdeterminowany w celach...." - ks. Janusz Halik.