s. Czesława Lorek

Wspomnienie o s. Czesławie Lorek rscj misjonarce zamordowanej w Demokratycznej Republice Konga

Siostra Czesława Lorek urodziła się 5 czerwca 1938 roku w Biczycach Górnych należących do parafii Trzetrzewina, jako ósme z dziewięciorga dzieci Jana i Marii Stefańskiej. Rodzice s. Czesławy odznaczali się prostą i szczerą religijnością i w takim duchu wychowywali swoje dzieci. Fundament formacji duchowej otrzymany w domu rodzinnym był umacniany przez proboszcza parafii, ks. Stanisława Pieprznika, który ją ochrzcił (3 lipca 1938), przygotowywał do przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej i sakramentu Bierzmowania (9 lipca 1951) oraz był w stałym kontakcie po podjęciu przez nią drogi życia zakonnego. Ziarno powołania padło do otwartego na Boga serca najprawdopodobniej podczas rozmowy z Jej nieco starszą siostrą Zofią, która z zachwytem dzieliła się rekolekcjami dla maturzystów, przeżytymi w domu sióstr N.S.J (Sacré Coeur) w Zbylitowskiej Górze, a dojrzało do decyzji podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, gdy "usłyszała" słowa: "Córko, daj mi serce swoje". Potem wypadki potoczyły się szybko.

Napisała do sióstr prośbę o przyjęcie. Pozytywna odpowiedź przyszła po tygodniu. W plany Czesławy wtajemniczona była jedynie Zofia, ale zaskoczeni rodzice nie stawiali przeszkód. Wkrótce (11 lutego 1960) Czesława znalazła się w klasztorze w Zbylitowskiej Górze i jako prosta, cicha, pracowita wiejska dziewczyna rozpoczęła swoją formację zakonną. Życzenia Mamy zamykały się w słowach: "Cieszyłabym się, gdybyś była dobrą zakonnicą". Mama była jeszcze obecna na obłóczynach - przyjęciu do Nowicjatu - 12 grudnia 1960 r. Zabrakło Jej już na ceremonii pierwszych ślubów 12 czerwca 1963 r., gdyż odeszła do Pana. W okresie poprzedzającym profesję wieczystą s. Czesława pracowała w ogrodzie i szklarni oraz uzupełniała wykształcenie, kończąc Technikum Rolnicze w Bydgoszczy oraz dwuletni Kurs Katechetyczny w Gnieźnie. Probację - okres formacji bezpośrednio poprzedzający śluby wieczyste - przeżyła także w Zbylitowskiej Górze, gdzie pod kierunkiem s. Ludwiki Skibniewskiej przygotowywała się do potwierdzenia swej decyzji sprzed lat poprzez profesję, którą złożyła 26 lipca 1969 r. Do roku 1978 r. życie toczyło się dosyć uregulowanym rytmem. Aby móc uczyć dzieci religii, uzupełniała swoje wykształcenie teologiczne na IWKR w Lublinie. Zdobyta w ten sposób wiedza umożliwiła Jej pracę z dziećmi w przedszkolu, a potem katechizację dzieci w parafiach w Sosnowcu oraz w Warszawie, na Ursynowie. Wszędzie swoją prostotą, serdecznością i uśmiechem podbijała serca dzieci i rodziców.

 Szczególnie znaczącym rokiem w życiu s. Czesławy stał się rok 1978. W lipcu wyjechała do Belgii, do Joigny, miasta urodzin założycielki zgromadzenia na recyklaż (jest to okres odnowy życia zakonnego), który ukończyła w październiku w Rzymie. Uczestniczyła dzięki temu w pierwszej audiencji nowo wybranego papieża - Polaka, Kardynała Karola Wojtyły. Uderzyły ją słowa skierowane wówczas do Polaków: "Nie zostawiajcie mnie tu samego!" S. Czesława była osobą wrażliwą i refleksyjną. Postawiła sobie pytanie: "Co mogę zrobić dla Ojca św.? Jak mu pomóc?" Odpowiedź przyszła dość szybko: "Pojadę na misje". Słowa papieża stały się dla niej wyzwaniem, by złożyć życie na służbę Bogu i ludziom. Gdy mówiła te słowa w 1978, roku nie przypuszczała zapewne, że Bóg zechce przyjąć ofiarę jej życia w sposób dosłowny.

Na początku grudnia 1978 roku wyjeżdża do Zairu - jako pierwsza po zakończeniu wojny polska zakonnica Sacré Coeur - s. Maria Szweycer. S. Czesława - nawiązując do tego wydarzenia - w liście z 5 grudnia 1978 roku pisanym do ówczesnej prowincjalnej, s. Jadwigi Jaklewicz, interpretuje ten fakt jako "wdowi grosz", "dwa pieniążki" z tego, czego nie zbywa Prowincji i wskazuje na siebie, jako na "drugi pieniążek", który należy dorzucić. Odwołuje się przy tym do Bożej Opatrzności, której dowody widzi w codzienności domu w Zbylitowskiej Górze, i której pragnie całkowicie powierzyć swoją przyszłość. Oto Jej słowa: "Te przykłady pogłębiły moją wiarę w Opatrzność, do której nasz Papież, na samym początku, bardzo zachęcał. Dlatego z całym zaufaniem oddaję się w ręce Tego, który mnie wybrał, powołał i teraz również kieruje do mnie nowy apel, by złożyć jeszcze większą i całkowitą ofiarę z mego życia, z mej Ojczyzny, by iść do kraju, który On mi wskaże. Ja pragnę jedynie pełnić Jego wolę i odpowiedzieć na Jego wezwanie: "Oto ja, poślij mnie" Jestem "ubożuchna", nie mam wiele "pieniążków", "talentów", ale wszystkie pragnę oddać na przysporzenie Jemu chwały przez głoszenie i świadczenie całym życiem, że Bóg jest Miłością!" I dalej odwołuje się do słów zapisanych w sumariuszu: "Tak bardzo mnie zachwycają i pozostały w pamięci słowa z naszego sumariusza: To Małe Zgromadzenie jest całkowicie poświęcone chwale Najświętszego Serca Jezusa. Pomyślałam sobie, że nie musimy się o to martwić, że zgromadzenie jest teraz "małe", nieliczne, ale o to, by było całkowicie oddane, poświęcone. I kiedy myślę o moim ubóstwie pod każdym względem w świetle Ewangelii, to również zdaję sobie sprawę z tego, że moja małość, moje słabości, upadki i ograniczenia umysłowe czy fizyczne nie są przeszkodą w przysparzaniu Chwały Bożemu Sercu, jeżeli tylko będę umiała całkowicie zaufać i kochać w prawdzie. Spotkanie Pana Jezusa z Samarytanką jest tego dowodem. W ogóle każde prawdziwe spotkanie z Panem Jezusem pozostawia w sercu pokój, radość i zapał apostolski. Pan Jezus w swej dobroci dał również i mnie w czasie tych ostatnich miesięcy doznać jak wielka jest Jego miłość i ona mnie teraz "przyciska", by dać świadectwo tej miłości w codziennym życiu tam, gdzie Jego wola mnie postawi. Teraz pragnę, w tych konkretnych warunkach, w których jestem, dziękować Bogu, gdyż "uczynił mi wielkie rzeczy"!

Droga i bardzo kochana Siostro! W Siostry ręce i serce składam to moje, a raczej Pana Jezusa wołanie, oddaję się Jemu w naszym Zgromadzeniu z całą gotowością, by pełnić tylko Jego wolę, gdziekolwiek On mnie postawi, by pełnić naszą misję w Kościele. Chcę być jak najbardziej pomocna w pogłębianiu mocy naszego wspólnego powołania".

Tak umotywowanej prośbie nie sposób było się oprzeć. Zaczyna się intensywna nauka języka francuskiego i staranie o paszport, co w sumie trwało 4 lata. Dokształca się na różnych kursach, bo na misjach trzeba umieć prawie wszystko. Uczy się szycia, przechodzi szkolenie pielęgniarskie

Wreszcie nadchodzi upragniony dzień 19 sierpnia 1984 roku. Siostra Czesława wyjeżdża do Afryki, ówczesnego Zairu, pełna radości jakby jechała na luksusowe wczasy. W Zairze występuje wiele bogactw naturalnych jak: miedź, cyna, magnez, żelazo diamenty i złoto. Ale ona nie szukała tam srebra ani złota, tylko ludzkich serc, by zdobyć je dla Chrystusa, by rozszerzało się Jego Królestwo miłości i pokoju. Czyniła wszystko, by nie było więcej walk, wrogości, rywalizacji między plemionami. Pierwszym doświadczeniem misyjnym i niemałym przeżyciem była dla niej praca z dziećmi w szkole podstawowej i kontakt z nauczycielami i wychowawcami. Była przerażona warunkami, w jakich te dzieci się uczyły: klasy ciasne, duszne i ciemne, a jedyny ich wystrój to portret wodza Mobutu. Wizytując lekcje religii, podziwiała zdolności pedagogiczne nauczycieli, bo utrzymanie w dyscyplinie 100-osobowej klasy to niemały wysiłek. Oprócz katechizacji Siostra Czesława odwiedzała więźniów. Razem z siostrami spieszyła z pomocą materialną tym, którzy wychodzili na wolność i nie mieli pracy ani domu. Wraz z innymi siostrami pomagała im znaleźć pracę, wrócić do rodzin, by mogli zacząć nowe, uczciwe życie. Przez 5 lat na prośbę Ks. Biskupa Nininga Bandala pracowała w dalekim buszu, w miejscowości Kolle, oddalonej od stolicy Kinshasa ok. 1300 km. By się tam dostać, trzeba było jechać tydzień Jeepem. Tam wraz z trzema siostrami pracowała nad formacją dziewcząt i kobiet. By podnieść poziom życia kobiet założyły szkołę kroju i szycia. Uczyły higieny, robienia mydła i oliwy. W 1990 przyjeżdża na urlop do Polski, zostawiając w Kolle krzyż misyjny, który otrzymała z rąk Ojca św. 18 czerwca 1983 r. w Niepokalanowie. Po skończonym urlopie nie mogła już wrócić do buszu, bo podczas walk plemiennych placówka ta została zajęta przez rebeliantów. Jedzie więc do Kinshasy, stolicy kraju, gdzie w ostatnim czasie pracowała jako zakrystianka. W 1995 przeżyła ciężką operację, złośliwy rak mózgu. Sytuacja wydawała się być beznadziejna. Dzięki Bogu operacja przeprowadzona w Belgii powiodła się. Wróciła do Polski, by odpocząć, nabrać sił i znowu tam wrócić do swoich. W Kinshasie nie było końca radości z powodu powrotu siostry Czesławy. Na wszystkich mszach św. dziękowano Bogu za jej powrót. Ostatni raz była w Polsce w 2001 roku. Miała przyjechać w 2004 na 20 - lecie swojego pobytu na misjach. Nie zdążyła.

W dniu 11 maja 2003 została napadnięta i pobita w kościele Najświętszego Serca Jezusa, gdzie była zakrystianką. Leżała ciężko chora w szpitalu przez 10 dni. Oddała życie Bogu 21 maja 2003 roku. Zapamiętamy ją jako osobę promieniującą Bożą miłością, pogodną, serdeczną, wrażliwą, pełną pokoju, oddaną do końca Afryce. Niech ofiara jej życia przyniesie pokój tamtej ziemi.

s. Ewa Muzalewska rscj